piątek, 3 stycznia 2014

Informacja 2

Witajcie, Kochani, w nowym roku!
Przepraszam Was bardzo, ale z ciężkim sercem muszę powiedzieć, że opowiadanie aktualnie posiada status "porzucone". Wiele się ostatnimi czasy zmieniło i wątpię, żebym kiedykolwiek do niego wróciła. Przepraszam tych, którzy czekali na mój powrót, jeśli gdzieś istniejecie. Dziękuję za wszystkie komentarze pod pierwszą informacją, szczególnie od Anonimowego/Anonimowej; wszystkie one wywołały uśmiech na mojej twarzy. Dziękuję za to, że ze mną byliście i przepraszam za to, że nie dokończę opowiadania.
Jeśli chcielibyście się ze mną skontaktować, piszcie bez wahania na maila: ana.graves1864@gmail.com. A jeśli nie znudził się Wam mój styl, znajdziecie mnie zapewne na nowym opowiadaniu, na które Was serdecznie zapraszam.
Jeszcze raz dziękuję Wam za wszystko, przepraszam, i życzę cudownego nowego roku! :*

sobota, 10 listopada 2012

Informacja

Witajcie! Wiem, dawno mnie tu nie było, i strasznie przepraszam, że tyle czasu zajęło mnie proste poinformowanie Was o zawieszeniu...
Tak, blog jest zawieszony, ale nie porzucony, a to duża różnica. Wrócę tutaj na 99,9/100%, ale jeszcze niestety nie teraz, choć bardzo bym chciała. Serce do Pamiętników wróciło ze zdwojoną siłą, Klaroline kocham jeszcze bardziej niż wcześniej, jeśli to tylko możliwe. I bardzo chcę dokończyć to opowiadanie.
Tak więc, spodziewajcie się mnie za parę miesięcy. Z powodów niezależnych ode mnie będę mogła tu wrócić dopiero w okolicach wakacji. Mam nadzieję, że wciąż znajdzie się tu Ktoś chcący przeczytać kontynuację moich wypocin :)
Życzę Wszystkim udanego roku szkolnego/akademickiego!
Do napisania! :)

czwartek, 19 lipca 2012

12. At the crossroads was the gate

Jamie wszedł do zajmowanego przez siebie pokoju z lekkim uśmiechem, zamknął za sobą drzwi i odwrócił się, a jego serce na chwilę przyspieszyło. Uspokoiło się dopiero wtedy, gdy rozpoznał siedzącą na łóżku, tyłem do drzwi, a przodem do okna, postać.
Bonnie nie zareagowała na jego wejście. Po drobnych drżeniach jej ciała Jamie zorientował się, że szlochała bądź powstrzymywała się od płaczu.
- Czy powinnam czuć się winna... - wyszeptała, zanim zdążył się odezwać - …jeśli zrobiłam coś moralnie, etycznie i zdroworozsądkowo złego, co może mieć dobre skutki dla ogółu?
Jej głos drżał, pobrzmiewał w nim głęboki smutek i żal. Jamie podszedł do łóżka i usiadł za czarownicą.
- Brzmi jak dążenie do celu po trupach – skomentował cicho. Bonnie odwróciła się do niego gwałtownie.
- Wiem, prawda? - wykrztusiła, patrząc mu w oczy. Jamie uśmiechnął się pocieszająco i przyciągnął ją do siebie, zamykając w swoich objęciach. Do tej pory nie byli ze sobą blisko, jednak nie zastanawiał się dłużej nad tym gestem. Po prostu uznał, że tego właśnie potrzebowała. Nie zaprotestowała, wtulając głowę w jego koszulę.
- Cii... - szeptał co chwilę, gładząc ją po włosach.
Bonnie po pewnej chwili przestała szlochać, ale nie zmieniła pozycji.
- Czy czyni mnie to złym człowiekiem? - spytała głosem wypranym z wszelkich emocji, całkiem jakby wraz ze łzami wypłukała z siebie wszelkie uczucia.
- Nie wiem, co dokładnie zrobiłaś... - zaczął powoli Jamie czując, że Bonnie drgnęła w jego ramionach. Nie takiej odpowiedzi się spodziewała, nie zamierzał jej jednak okłamywać. - ...ale jeśli zastanawiasz się nad tym, czy jesteś złym człowiekiem... - podniósł jej głowę i zmusił do spojrzenia sobie w oczy - ...to znaczy, że nim nie jesteś.
Bonnie przełknęła głośno ślinę patrząc na niego z wdzięcznością, by po chwili znowu skryć się w jego bezpiecznych ramionach.

***

Obudziły ją pierwsze promienie wschodzącego słońca. Przeciągnęła się niedbale i rozwlekle, zastanawiając się, kiedy ostatnio tak dobrze spała, gdy nagle przypomniała sobie, gdzie i z kim się znajduje. Błyskawicznie usiadła i rozglądnęła się niespokojnie po polanie.
- Dzień dobry, ranny ptaszku. - Usłyszała za sobą, ale nie miała ochoty się odwracać.
- Raczej nie przespałam transportu do domu – skomentowała, wydostając się z fałd śpiwora. Jej wzrok padł na chwilę na drugi śpiwór. Był jakoś teatralnie wymiętoszony, ale nie miała ochoty się nad tym zastanawiać.
Wstała na nogi i wreszcie się odwróciła, tylko po to, by ujrzeć Pierwotnego pakującego dwa sporej wielkości plecaki. Zmarszczyła brwi.
- Zdajesz sobie sprawę, że istnieje coś takiego jak samochód? - spytała tonem pełnym wyższości.
- Nie wszędzie można dotrzeć samochodem, kochanie – odpowiedział z tajemniczym uśmieszkiem. - Niektóre rzeczy wymagają delikatności.
Spojrzał na nią wymownie. W odpowiedzi jedynie zmrużyła oczy.
Zapiął suwaki obu plecaków i mimo że jeden z całą pewnością był przeznaczony dla niej, oba przerzucił sobie przez ramiona. Bez zbędnych komentarzy ruszył w stronę linii drzew.
Caroline nie zamierzała jednak ruszyć się z miejsca. Klaus zatrzymał się więc przy pierwszym drzewie i obejrzał na nią.
- Idziesz? - spytał, unosząc brwi.
- A tam prowadzi droga do domu? - odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Nie – odrzekł od razu, szczerze i bezpośrednio.
- Więc nie.
Usiadła na pniu, założyła nogę na nogę i odwróciła wzrok od Pierwotnego. Nie miała zamiaru powtarzać już po raz kolejny słów „miałeś mnie zabrać do domu”, bo to mijało się z celem.
Klaus obserwował ją przez chwilę, wciąż z tym samym tajemniczym uśmieszkiem na ustach, po czym z lekkim ukłonem powiedział:
- Jak sobie życzysz – i zniknął w lesie.
Została sama.
Nie zamierzała się tym przejmować. Przecież to tylko las. Dzień. Nawet wampiry nie powinny jej przeszkadzać. Posiedzi tu sobie przez chwilę, a później pójdzie w przeciwną stronę niż Klaus.
„Przeciwna” mogła oznaczać zarówno w lewo, na północ bądź południe, ale to nieważne. Kiedyś trafi do domu.
Rozejrzała się dookoła, próbując w zwartej koronie drzew odnaleźć jakikolwiek punkt orientacyjny. Wszystko jednak wyglądało tak samo. Musiała pokierować się własną intuicją.
Westchnęła, wstała z kłody i prawie w tej samej chwili usiadła. Nagła intensyfikacja dźwięków dochodzących z głębi lasu nie zachęcała, by się w niego zagłębić. Wiatr, do tej pory spokojnie szumiący w koronach drzew, zdawał się nagle zmienić swoje nastawienie, wiejąc jej prosto w twarz, przynosząc razem z nieprzyjemnym zimnem dziwną grozę. Trzaskanie gałęzi rozlegało się bliżej niż jeszcze przed chwilą, a intensywność tych odgłosów przywodziła na myśl dużą grupę intruzów, wagi co najmniej stada młodych słoni.
- To tylko las – powiedziała sama do siebie, wstając ponownie i rozglądając się dokoła, zastanawiając się, w którą stronę pójść, a w gruncie rzeczy rozważając, z którego kierunku dochodziło najmniej dźwięków. Nie zamierzała dać się zastraszyć jakiejś tam naturze.
Zimny dreszcz przeszedł ją dopiero wtedy, gdy w bardzo niewielkiej odległości od kłody rozległo się warczenie. Takie samo, jak poprzedniej nocy.
Może cały las po prostu wykorzystywał jej strach? A może po prostu po raz kolejny wpadała w paranoję?
Wpatrzyła się w gąszcz, który po chwili przyniósł jej odpowiedź. Gdy ujrzała żółte oczy patrzące na nią z wściekłością nie czekała już dłużej, rzucając się biegiem w prawą stronę lasu.
Co z tego, że mógł to być tylko zwykły wilk? Jeśli byłoby ich tyle, ile poprzedniej nocy, a jej umysł znów łaskawie zacząłby płatać figle w najmniej odpowiednim momencie, nie dałaby rady się od nich odpędzić. Coś jej jednak mówiło, że to nie był zwykły wilk. Bo to nie był zwykły las.
Zatrzymała się już po paru krokach.
- Co... - zaczęła, marszcząc brwi. - Czekałeś na mnie?
Klaus w istocie stał oparty o drzewo, w odległości zaledwie paru metrów od polany.
- A jak myślisz? - odpowiedział, obdarzając ją uśmieszkiem. Zgrzytnęła zębami.
- Okej – rzekła, patrząc mu prosto w oczy. - Ustalmy jedno.
- Zamieniam się w słuch. - Oparł się o drzewo swobodniej, a w jego oczach kryła się ciekawość.
Zmrużyła oczy. Nie była pewna, którą ścieżką swoich myśli powinna podążyć, w końcu zdecydowała się na tą niosącą lekkie znamiona uprzejmości.
- Nie wrócę do domu – zaryzykowała po raz ostatni, nadając temu zdaniu lekką intonację pytania. Pokręcił głową z uśmiechem. Westchnęła i mówiła dalej. - Twierdzisz, że ta... wycieczka... przyniesie korzyści nam obojgu.
Pokiwał głową, lecz w jego oczach pojawił się przebłysk ostrożności. Wyraźnie nie był pewien, w którą stronę zmierza jej rozumowanie.
Ona sama też nie była tego pewna. Z jednej strony chciała znaleźć się jak najdalej od tego typa spod ciemnej gwiazdy i nigdy więcej nie mieć z nim nic wspólnego. Z drugiej pragnęła dalej rozkoszować się prawie całkowicie czystym mózgiem, jaki posiadała w jego obecności. Nie mogła dalej wmawiać sobie, że to zwykły zbieg okoliczności.
Bo to nie był zbieg okoliczności.
Nie chciała przebywać z nim dłużej niż było to konieczne, jednak bardziej niż czegokolwiek pragnęła uzdrowienia. A jeśli tylko on mógł jej to zapewnić... To musiała przynajmniej spróbować.
Obiecała sobie, że przy pierwszym lepszym odrażającym wybryku Pierwotnego, jakich się nagminnie dopuszczał, zrezygnuje i ucieknie gdzie pieprz rośnie.
- I całemu miastu – dodała szybko, żeby nie wyszło na to, że kieruje się tylko własnymi egoistycznymi pobudkami.
Nie żeby obchodziła ją jego opinia na jej temat.
W jego oczach pojawiła się niechęć, potwierdził jednak. No tak, co go obchodziło całe miasto?
- Mam tak po prostu założyć, że chcesz mi pomóc? - spytała sceptycznie.
- Masz tak po prostu założyć. - Uśmiechnął się, a w jego oczach zaiskrzyła jakaś iskra.
- Co chcesz w zamian?
Wciąż się uśmiechał, ona jednak nie miała zamiaru odwzajemnić tego gestu.
- Tylko twojego towarzystwa, kochanie.
Na chwilę zbiło ją to z tropu, nie dała jednak tego po sobie poznać. Przełknęła głośno ślinę, westchnęła z lekką rezygnacją, po czym spytała:
- Obiecujesz, że jeśli zgodzę się na tą twoją cholerną wycieczkę, to po wszystkim zabierzesz mnie do domu?
- Słowo honoru – odpowiedział poważnie, wyciągając do niej rękę, którą niechętnie uścisnęła.
Mieli umowę.
Caroline dopiero po chwili zdała sobie sprawę z faktu, że właściwie nie miała pojęcia, czego ta umowa tak naprawdę dotyczyła. Wciąż nie wiedziała gdzie są, po co, ani jaki jest właściwy cel tego wojażu, bo wątpiła, by chodziło o wycieczkę krajoznawczą. Przeczuwała też, że wplątuje się w jakieś niezłe bagno, ale cóż mogła na to poradzić, gdy nie mogła wyrzucić ze swojej duszy desperackiej chęci przetrwania?
- Wyglądasz jeszcze piękniej, gdy jesteś zdezorientowana. - Usłyszała głos Klausa tak blisko siebie, że z trudem powstrzymała się od podskoczenia.
- Och, zamknij się – syknęła, podnosząc na niego wzrok. Oderwał się od drzewa i stał niedaleko niej, a w jego oczach malował się ten dziwny podziw, który pierwszy raz ujrzała podczas balu rodziny Mikaelsonów. Poczuła lekkie wyrzuty sumienia z powodu takiej riposty, ale szybko zdusiła je w zarodku.
- Jeśli sobie tego życzysz – odpowiedział niezrażony, usuwając się nieco na bok ze ścieżki. Zmarszczyła brwi. Czy on na wszystko miał gotową odpowiedź? - Panie przodem – dodał, ukazując ręką kierunek marszu.
- Jeśli sobie tego życzę? - Ten facet naprawdę działał jej na nerwy. - Gdybym poprosiła, żebyś był moim niewolnikiem, też byś się zgodził?
Czuła, że przegina, nie mogła się jednak powstrzymać. Spojrzała na niego z ironicznym uśmiechem na twarzy, oczekując odpowiedzi.
- Jestem twoim niewolnikiem, kochanie.
Nie takiej odpowiedzi oczekiwała. Otworzyła usta, żeby zaprzeczyć jego słowom, ale ubiegł ją, mówiąc:
- Niewolnikiem czasem chroniącym swoją damę przed nią samą.
Przez krótką chwilę analizowała znaczenie tych słów, w końcu doszła do wniosku, że chodzi mu o przetrzymywanie jej tutaj wbrew jej własnej woli. Parsknęła, wyrwała mu z ręki plecak i ruszyła wskazaną ścieżką.
- Powiesz mi przynajmniej co tu robimy, gdzie idziemy i czego szukamy? - spytała, nie odwracając się w jego stronę.
- Tyle pytań, Caroline, a przecież wyraźnie dałaś mi do zrozumienia, że chcesz, bym się zamknął. - Zaakcentował ostatnie słowo, jakby jego wulgarność drażniła go w uszy.
Zgrzytnęła zębami i wymruczała pod nosem wiązankę przekleństw. Tych parę dni – a przynajmniej miała nadzieję, że to potrwa tylko parę dni – które mieli spędzić w swoim towarzystwie, zapowiadało się naprawdę mało ciekawie.
- Wszystko w swoim czasie, Caroline – dodał, jakby zauważył, że temperatura jej emocji powoli osiąga punkt wrzenia. - Wszystko w swoim czasie.
Nie zamierzała tego komentować. Postanowiła na razie odciąć się od rzeczywistości, a przede wszystkim od niego i w ciszy kontemplować naturę.
Spokój nie panował jednak w jej głowie. Choć była prawie w pełni władz umysłowych, wciąż nie panowała nad swoimi myślami, które uparcie krążyły wokół obecnej sytuacji i przymusowego towarzysza. 
Szczególnie wokół jej towarzysza.

Szli przed siebie w całkowitej ciszy.
Od czasu do czasu Klaus rzucał w jej stronę długie, powłóczyste spojrzenia. Przypuszczał, że nie będzie za bardzo rozmowna pierwszego dnia, nie zamierzał też jej do tego zmuszać. Porwanie jej było już wystarczającą plamą zarówno na jej godności, jak i na jego gentelmańskim honorze, chciał więc nie kazić już więcej tych rzeczy. Zacznie rozmowę, kiedy będzie chciała, nie będzie jej do tego popychał.
Na razie szła z pochyloną głową, wyglądając tak, jakby całkowicie absorbowała ją jakaś wewnętrzna walka. Zdawała się być jeszcze piękniejsza niż zazwyczaj. Od czasu do czasu prychała i kręciła głową, a jej loki podskakiwały z każdym takim gwałtownym ruchem.
Choć może było to nieco irracjonalne, to musiał przyznać, że teraz, nie w pełni władz umysłowych, jeszcze bardziej go do siebie przyciągała.
Obawiał się tylko, że nie będzie wiedział, jak może jej pomóc. Jeśli mu się to nie uda, będzie musiał znaleźć inną drogę do jej serca. O ile, oczywiście, będzie jeszcze żywa.
Choć nie uznawał niczego za niemożliwe, przyznawał sam przed sobą, że jeśli chodziło o nią, wszystko było możliwe, nawet pozorne niemożliwości. Musiał mieć się na baczności.
Wyraz zacięcia na jej twarzy coraz bardziej się pogłębiał. Zabawnym był fakt, że szła, nawet nie wiedząc, gdzie idzie. Gdyby się uparła co do posiadania tej wiedzy od razu podałby jej odpowiedź na tacy. Skoro jednak pogodziła się z pierwszą odmową, nie zależało jej za bardzo na poznaniu prawdy. Wcale mu to nie przeszkadzało.
Nawet milczenie w jej towarzystwie było czymś, czym się rozkoszował.

Caroline nigdy nie należała do osób, które lubują się ciszą. Przed przemianą jej usta rzadko kiedy się zamykały, później zaczęły robić to z większą częstotliwością, ale i tak wciąż można było zaliczyć ją do gadatliwych osób.
Po przeanalizowaniu sytuacji wszerz i wzdłuż, obróceniu jej pod wszelkimi możliwymi kątami i rozważeniu wszystkich możliwych konsekwencji milczenie zaczęło jej ciążyć. Fakt, nie wędrowała z kimś, z kim bardzo chętnie wdałaby się w konwersację, jednak poczuła, że musi przerwać ciszę.
- Wiesz, że filmy drogi są najnudniejszymi z możliwych? - rzuciła z sarkazmem, ostrożnie wpatrując się w grunt, który pokryty był wystającymi konarami, rozmiękłą po widocznie niedawnych opadach glebą i różnymi innymi pułapkami natury, których nie powstydziłby się najgorszy czarny charakter. Czyli Klaus, pomyślała z przekąsem. Ironia losu. Nie pierwsza w tej niecodziennej historii.
- Wyraziłbym zupełnie odmienną opinię – powiedział z lekkim uśmiechem, odwracając się do niej. Od pewnego czasu to on szedł na przedzie. - "Swobodny jeździec", na przykład.
- Proszę cię – prychnęła. - Wysiliłbyś się na coś mniej prehistorycznego.
W jego oczach dostrzegła rozbawienie. Fakt, dla niej film z 1969 roku był „prehistoryczny”, bo nawet jej matki nie było wtedy na świecie, a przynajmniej tak jej się wydawało. Dla niego „prehistoria” zbliżała się zaś do tej prawdziwej.
No, może lekko przesadziła. Ale tak naprawdę leciutko.
- Nuda nam nie grozi, skarbie – rzekł, wciąż z tym samym błyskiem w oku i szczerym uśmiechem z nutką zadziorności. Nie było w nim grozy, której bezskutecznie się doszukiwała.
- Co masz na myśli? - spytała, choć nie była pewna, czy chce poznać odpowiedź.
- A co chciałabyś usłyszeć? - Tym razem rozbawienie było wyraźniej widoczne. Czy on sobie z niej kpił, czy też mówił poważnie?
- Że nie grozi nam... mi śmierć – warknęła, poprawiając się po lekkim wahaniu. Rozbawienie zniknęło z jego oczu, jakby nigdy się tam nie pojawiło, zastąpione przez chłodną obojętność. Dałaby sobie uciąć rękę, że przez sekundę ujrzała w jego niebieskich tęczówkach ból. Choć to nijak jej do niego nie pasowało.
- Wybacz, nie mogę ci tego zagwarantować – powiedział sucho, ponownie odwracając się do niej plecami.
Wywróciła oczami, postanawiając już więcej się nie odzywać. Rozmowa z nim była jednak rzeczą o wiele trudniejszą niż milczenie. Wyczerpującą i tak już nadwątlone siły psychiczne.

***

Bonnie otworzyła oczy dopiero wtedy, gdy wpadające do pokoju przez szczelnie zasłonięte okna promienie słoneczne stały się zbyt silne. Zmarszczyła brwi, zamrugała gwałtownie i rozejrzała się po pomieszczeniu, usiłując przypomnieć sobie, jak się tutaj znalazła.
Była w swoim pokoju, przykryta starannie kołdrą. Nie pamiętała, żeby dotarła tutaj o własnych siłach. Ostatnią rzeczą z poprzedniej nocy, jaką sobie przypomniała, był mocny i bezpieczny uścisk Jamie'ego. Doszła do wniosku, że musiała zasnąć w pokoju zajmowanym przez chłopaka, a on w nocy przeniósł ją na jej własne łóżko. Gdy sobie to uświadomiła zarumieniła się i poczuła, że temperatura jej policzków wyraźnie wzrosła.
Wygramoliła się z łóżka, szybko przebrała i po drodze do drzwi zerknęła przelotnie na zegarek. Pierwsza po południu. Pięknie.
Wyszła do kuchni, mając nadzieję, że nikogo w niej nie zastanie. Niestety, u celu spotkało ją przykre rozczarowanie.
- Dzień dobry. - Abby przywitała ją uśmiechem, podsuwając jej kubek gorącego kakao. Bonnie nawet nie zamierzała oponować.
- Dziękuję – mruknęła, siadając przy kuchennym blacie. Czuła się jak wyżęta przez wyżymaczkę. Wczorajsze łzy i wyrzuty sumienia oraz zdecydowanie za późna godzina na „ranną” pobudkę nie podziałały dobrze na jej organizm.
Zanurzyła usta w gorącym płynie, od razu parząc sobie język. Abby musiała nasłuchiwać odgłosów dochodzących z jej pokoju, żeby być gotową na przygotowanie napoju. Pierwszy gest matki, który córka była w stanie docenić.
- Nie wybierasz się nigdzie? - spytała obojętnie, rozważając, czy czuje się na siłach zrobić sobie coś do jedzenia. Po krótkim namyśle doszła do wniosku, że jeszcze nie.
- Jeszcze nie - odpowiedziała Abby, używając tych samych słów, co córka w myślach. Bonnie zmarszczyła brwi. - Chciałam z tobą porozmawiać.
Bonnie westchnęła i odsunęła od siebie kubek, chcąc z miejsca ugasić wszelkie możliwe zarzewie dyskusji. Abby jednak nie pozwoliła jej dojść do słowa, dodając szybko:
- Nie martw się, nie o naszych relacjach. Powiedzmy, że o sprawach... czarownic. Dotyczących bezpieczeństwa Mystic Falls.
- Słucham - powiedziała Bonnie bez większego entuzjazmu, podejmując jednak próbę wstania i sięgnięcia po chleb. Czynność ta wymagała tak wielkiego wysiłku, że aż zakręciło jej się w głowie. Zadecydowała, że od lodówki dzieli ją zbyt duża odległość i usiadła z powrotem, pogryzając trzymaną w dłoni bułkę.
- Zauważyłam pewną niepokojącą rzecz - zaczęła Abby, opierając się o blat na skos od Bonnie, odgryzając kawałek trzymanego w dłoni jabłka. Jego czerwoność wywołała u młodej czarownicy nieprzyjemne skojarzenia. - Znasz znaki nowego niebezpieczeństwa, prawda?
- Coś obiło mi się o uszy - odpowiedziała Bonnie, zerkając na matkę ze zmarszczonymi brwiami.
Tradycja czarownic przekazywała nie tylko gotowe teksty zaklęć, ale też przesądy i różne praktyki, jakie wyznawały bądź stosowały. Wśród nich znajdowały się znaki, które miały zwiastować "nowe" niebezpieczeństwo. Bonnie nigdy nie rozumiała sensu podkreślenia słowa "nowe". Być może czarownice uważały, że na świecie ogólnie nie jest bezpiecznie, i zawsze gdzieś kryje się jakieś niebezpieczeństwo? Z tym Bonnie akurat prawie się zgadzała, nigdy jednak nie przykładała wagi do tego typu znaków i wróżb.
- Dlaczego pytasz? - spytała, nieświadomie mieszając magią kakao.
- Bo zauważyłam to u was. - Abby wzruszyła ramionami. Wyraźnie zawahała się przed słowem "was". Widać zastanawiała się nad użyciem wyrazu "nas", ale doszła do wniosku, że obie jeszcze nie są na to gotowe. I dobrze, pomyślała Bonnie.
- Pierwszym znakiem jest morderstwo - nad tym chyba nie musimy się zastanawiać, prawda?
Bonnie nie zaprzeczyła ani nie przytaknęła, przyglądając się ożywionej twarzy matki. Takiej pełnej emocji Bennett-Wilson jeszcze nie widziała.
- Drugim zniknięcie wroga. Klaus wyjechał, prawda?
- Nie wiemy, gdzie jest - odpowiedziała Bonnie, czując dziwne ukłucie w brzuchu, które jednak szybko zignorowała. - To tylko zabobony pochodzące z tradycji, o niczym nie świadczą. Nie mam zamiaru w to wierzyć.
Ożywienie Abby nieco opadło, ale jednak nie zniknęło.
- Jak chcesz - powiedziała, wyprostowując się i gryząc jabłko. - Miej jednak oczy otwarte na następne znaki: otwarcie się książki na stronie zawierającej słowo "śmierć", przekręcenie znaku przeciwnie do kierunku wiatru...
- ...pożar lasu, zawalenie się mostu - dokończyła za nią Bonnie. - Tak, wiem.
- To dobrze. - Abby przesłała jej coś w stylu pocieszającego uśmiechu.
W tym momencie do kuchni wszedł Jamie. Na jego widok Bonnie zarumieniła się po cebulki włosów i spuściła wzrok.
- Co to, wymieniacie znaki apokalipsy? - spytał, śmiejąc się. Podszedł do kosza z owocami i wyjął stamtąd jabłko. Co oni mieli dzisiaj z tymi jabłkami?
- Tylko jeśli przez apokalipsę rozumiesz zagrożenie dla Mystic Falls - odpowiedziała mu Abby. - Ale to by znaczyło, że taki stan trwa tutaj na okrągło.
- Nie masz racji - zaprzeczyła Bonnie. - Przez wszystkie lata twojej nieobecności było tu spokojnie.
- Jesteś tego pewna? - Abby uniosła do góry prawą brew, ponownie opierając się o blat i nachylając nad czarownicą. - Mystic Falls jest przeklęte, Bonnie. Im szybciej to zrozumiesz, tym lepiej.
Po tych słowach, które wywołały ukłucie niepokoju u czarownicy, wyprostowała się i oświadczyła:
- Idę kontynuować zwiedzanie. Może spotkam jakichś znajomych. Będę wieczorem. - Cmoknęła Jamie'ego w policzek, a zanim Bonnie zdołała zaprotestować również i ją, po czym zniknęła.
Atmosfera, jaka zapanowała w kuchni, wbrew pozorom nie była napięta. Jamie uśmiechnął się do Bonnie i usiadł na krześle obok niej.
Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale ona zrobiła to samo. W rezultacie żadne z nich się nie odezwało, a po chwili wybuchnęli śmiechem. Jamie naturalnym, Bonnie trochę nerwowym. Chciała z nim porozmawiać o wydarzeniach poprzedniej nocy, ale nie miała odwagi. Postanowiła więc pójść inną drogą.
- Poszedłbyś ze mną do biblioteki? - spytała, postanawiając połączyć przyjemne z pożytecznym. Chociaż musiałaby się bardzo długo zastanawiać, by określić, co miało być tym "przyjemnym".
- Nie ma sprawy - uśmiechnął się tak szczerym i niewinnym uśmiechem, że Bonnie poczuła przyjemny uścisk w brzuchu.
Przełknęła ślinę. Może właśnie to miało być tą "przyjemną" częścią. 



Komentarz odautorski:  I jest, pierwszy rozdział po przenosinach. Miał być w piątek. I to nie ten 13, tylko jeszcze tydzień wcześniej. Co mam na swoje usprawiedliwienie? Może blog numer trzy? Może fascynacja panem Deanem Winchesterem? A może zwyczajnie, stracenie serca do Pamiętników? 
Nie powiem, że do tego opowiadania, bo nie chcę tego mówić. Dokończę to. Na pewno. Rozdziały mam napisane do osiemnastki, więc jeszcze przez parę tygodni Was pomęczę. :)
Opinii nie będę wyrażać, powiem tylko, że moi bohaterowie coraz mniej przypominają oryginały. 
Pytanie do Was: gdyby mi coś strzeliło do głowy i chciałabym skopiować Wasze komentarze na blogspota, mielibyście coś przeciwko? 
Do napisania!  

środa, 18 lipca 2012

Soundtrack

Większość piosenek nie jest dobierana ze względu na treść pasującą do rozdziału, czy też odpowiadającą do nich melodię; po prostu tytuł rozdziału pochodzi albo z tytułu piosenki, albo też z jej tekstu. Myślę, że większość utworów będzie doskonale znana blogowej społeczności, choć postaram się znajdować też coś bardziej oryginalnego.



00. Within Temptation Where is the edge
01. Paradise Lost Forever failure
02. Blind Guardian Battlefield
03. Hoobastank Crawling in the dark
04. 30 Seconds to Mars Hurricane
05. The Pretenders I'll stand by you
06. I Am Ghost This is home
07. Full Blown Rose Somebody help me
08. Three Days Grace Riot
09. Nightwish Bye, bye, beautiful
10. Ana Johnson We are
11. Virgin Snatch Trust
12. Nik Ammar Turn it back

Linki


Blogi graficzne:
Place of art*


Spisy blogów: 
Rejestr blogów
Rejestr opowiadań
Katalog opowiadań

Bohaterowie

Pracuję nad kartami bohaterów. Po kliknięciu na nazwisko nastąpi przejście na pełny opis. Zdjęcia w kartach pochodzą z Wikii, na opisy krytycznym okiem rzuciła Christel.

 
Caroline Forbes
 
Wampir, lat 18

 
Bonnie Bennett
 
Czarownica, lat 18

  
Klaus  
Hybryda, około 1000 lat

   
Abby Bennett Wilson 
Wampir, około 40 lat

 
Jamie
Człowiek, około 20 lat



 
Elizabeth Forbes
Człowiek, około 40 lat



About

Caroline wydaje się, że nie może już być gorzej. Pierwotni wciąż istnieją, Bonnie jest w rozsypce, a Tyler przepadł bez wieści. Okazuje się jednak, że zawsze może być gorzej. Gdy zostaje pozbawiona jedynej rzeczy, na której zawsze mogła polegać - swoich zdrowych zmysłów - musi walczyć o pozostanie sobą, bądź poddać się nieubłaganemu losowi. Pomoc przyjdzie z najmniej oczekiwanej strony, zmieniając przyszłość nie tylko panny Forbes, lecz także całego Mystic Falls...

piątek, 29 czerwca 2012

11. Try to run

Gdy znalazła się w bezpiecznej odległości od swojego prześladowcy zatrzymała się i przeszukała wszystkie kieszenie, jakie posiadało jej ubranie, w poszukiwaniu komórki. Zgodnie z oczekiwaniami nie znalazła tam nawet śladu po telefonie. Parsknęła więc tylko, nie wiadomo po raz który tego dnia, i kontynuowała bieg.
Nie zastanawiała się nad kierunkiem swej wędrówki. To nie było ważne, chciała jedynie znaleźć się jak najdalej od tej polany, jak najdalej od Klausa i wszystkiego, co się z nim wiązało. Nie zastanawiała się też nad tym, czy zagłębiała się w jeszcze gęstszy las, czy też zbliżała się do wyjścia z niego. W końcu z każdej strony drzewa miały swój koniec. Prędzej czy później i tak do niego dotrze.
Wraz z upływem czasu jej gniew powoli się zmniejszał, za to pojawiał się niepokój.
To był dziwny las. Nie przypominał w niczym zadrzewionych okolic Mystic Falls, jedynych, jakie znała jak własną kieszeń. Zawsze sądziła, że nie może być bardziej ponurego miejsca niż leśne terytoria jej rodzinnego miasta. Okazało się, że była w błędzie.
Drzewa zdawały się tu rosnąć gęściej niż gdziekolwiek indziej, a ich korony tworzyły szczelną zasłonę przed słońcem. Dopiero zmierzchało, w lesie jednak było ciemno jak w środku nocy. Wiatr wygrywał wśród liści swoją własną melodię, pełną grozy i żalu. Każde pęknięcie gałązki odbijało się zwielokrotnionym echem. A wszystko wokół zdawało się przyzywać ją do siebie, przyciągać ją, chcąc zmienić tor jej biegu.
To tylko paranoja, powtarzała sobie, nie zatrzymując się. Nie mogła jednak pozbyć się uczucia bycia obserwowaną. Przez więcej niż jedną parę oczu. Wrażenie to z każdą chwilą się potęgowało, jakby niewidzialni prześladowcy byli coraz bliżej.
Usiłowała podczas biegu choć trochę rozeznać się w terenie, ale nie mogła znaleźć żadnego punktu orientacyjnego, niczego, co wyróżniałoby się w gęstniejącym mroku. Przez głowę przemknęła jej szybka myśl, że się zgubiła, ale szybko wyrzuciła ją z umysłu. Jak mogła się zgubić, od samego początku nie wiedząc, gdzie jest?
Szumienie liści dookoła niej przybrało na sile. Trzask suchych gałązek, który powtarzał się z groźną regularnością coraz bliżej niej, sprawiał, że podskakiwała. Nie zatrzymała się jednak, a wręcz przeciwnie, przyspieszyła tempa. Gdziekolwiek by nie biegła, gdzieś musiał istnieć koniec tego piekielnego lasu, prawda? Starała się w to nie wątpić.
Szybki przebłysk jasności przed oczami. Jej serce zabiło mocniej. Pomyślała, że wreszcie widzi metaforyczne i dosłowne światło w tunelu. Po kolejnym przebłysku znowu zadudniło jej w klatce piersiowej, tym razem z rozpaczy.
- Nie – jęknęła, starając się kontynuować bieg. - Tylko nie teraz...
Jej mózg jednak dawno przestał jej słuchać. Obrazy i przebłyski mieszały jej postrzeganie lasu, nie wiedziała już, czy biegnie do przodu, czy zaczyna się cofać, czy krąży dookoła. Nie miała pojęcia, z której strony przybiegła.
Z prawej strony rozległ się nagle inny od wszystkich zwykłych odgłosów nocnego życia lasu dźwięk. Drgnęła i mimowolnie zatrzymała się, spoglądając w zarośla. To było warczenie. Z całą pewnością. Znała ten rodzaj warczenia. Wydawał je tylko jeden gatunek istot.
Wilkołaki.
W mroku dostrzegła wielkie żółte ślepia, wpatrujące się w nią. A także wyszczerzone, lśniące bielą kły oraz najeżoną, błyszczącą sierść.
Cofnęła się odruchowo, wpadając na drzewo. Odwróciła się błyskawicznie, odskakując od rośliny, niedaleko której lśniła kolejna para miodowych oczu.
Warczenie nagle zdało się ją osaczać, dobiegając z każdej możliwej strony. Rozglądała się dookoła z szybkością, która uniemożliwiała jej ujrzenie jakichkolwiek szczegółów.
Wiedziała jedno. Była otoczona.
W jej mózgu pozostała tylko jedna myśl, jej sercem zawładnęło tylko jedno pragnienie. Desperacka chęć przetrwania.
Wilki były coraz bliżej, otaczając ją ciaśniejszym kołem. Przestała się rozglądać, stojąc spokojnie w miejscu i analizując sytuację. Jej bystre oczy dojrzały małą wyrwę między agresorami. To była jej jedyna szansa.
Wyrwała się do przodu tak szybko, że nawet nie zarejestrowała tego momentu. W następnej chwili gnała już przed siebie, wciskając pedał wampirzego tempa do samego końca. Nie słyszała nic oprócz szumu wiatru w uszach, nie widziała nic oprócz drzew, między którymi lawirowała. Skupiła się tylko na biegu, nie dopuszczając do siebie myśli o tym, że przecież nie ma pojęcia, gdzie jest miejsce, w którym byłaby bezpieczna, gdzie powinna się udać. Bieg był w tamtej chwili najwyższą wartością, całkiem jakby ucieczka stanowiła sens jej życia.
Nagle między drzewami nieco się przejaśniło, a po chwili Caroline wypadła na okrągłą polanę. Nie chciała się zatrzymywać, ale stanęła w miejscu, gdy zdała sobie sprawę, że to ta polana. W tej chwili jedyne miejsce, w którym była bezpieczna od wilkołaków, co przyznała z niechęcią.
- Zapomniałaś czegoś? - Klaus spojrzał na nią obojętnie.
Caroline nie odpowiedziała, stojąc na skraju polany i ciężko dysząc. Teoretycznie wampirze tempo nie mogło jej wyczerpać, jednakże czuła się tak, jakby będąc człowiekiem przebiegła maraton. Nie miała odwagi odwrócić się i sprawdzić, czy pościg zawędrował aż tutaj. Nie wiedziała, czy w ogóle ją gonili, ale nie chciała ryzykować ponownego ujrzenia tylu wrogich, wpatrzonych w nią ślepi, z wymalowaną w jasnych tęczówkach żądzą mordu.
Dopiero gdy się uspokoiła zaczęła zastanawiać się nad tą dziwną sytuacją. Nie było pełni, skąd więc miałyby pojawić się wilkołaki? Może to były zwykłe wilki, i po prostu najzwyczajniej w świecie spanikowała. Teoretycznie mogły to być hybrydy. A jeśli tak, to zdecydowanie byłaby to sprawka Pierwotnego.
Zerknęła na Klausa, który obserwował ją z lekką kpiną w oczach. Nie miała zamiaru pytać się go o cokolwiek. Nie był osobą, od której chciałaby dostać jakiekolwiek odpowiedzi.
- Masz zabrać mnie do domu, w tej chwili – powiedziała stanowczo, patrząc na niego buńczucznie.
Odpowiedział jej jedynie szerokim uśmiechem, po czym wyciągnął w jej stronę patyk z kiełbaską.
Parsknęła z oburzeniem, nie ruszając się z miejsca.
- Nie ma sensu się boczyć, kochanie. - Jego uśmiech o dziwo wydawał się być szczery.
Zmrużyła oczy i spojrzała na niego ciężko, ale przyjęła kijek i usiadła obok niego na powalonym drzewie.
- Wszyscy będą mnie szukać. A jak już znajdą, to jestem pewna, że zabiją cię samym gniewem – stwierdziła z szerokim, sztucznym uśmiechem.
- Nie wątpię. Zapewniam cię jednak, że nie masz się o co martwić. Na pewno cię nie znajdą – odpowiedział beztrosko. Nawet nie starała się zrozumieć znaczenia ostatniego zdania.
- Tak dla twojej informacji, nie mam najmniejszego zamiaru się stąd ruszyć – oświadczyła, nie spuszczając oka z płomieni.
- Nie wątpię – mruknął, a jego twarz rozświetlił jakiś zagadkowy uśmiech. - Kto ci powiedział, że będziesz mieć jakiś wybór? - spytał bez cienia groźby w głosie, z iskierką w oczach.
Spojrzała na niego z gniewem i już otworzyła usta, by coś powiedzieć, gdy Pierwotny podniósł się z miejsca.
- Gdzie idziesz? - spytała, nie mogąc powstrzymać uczucia paniki. Nie chciała być tutaj sama, nawet jeśli jej jedynym towarzyszem miał być nie kto inny, jak Klaus.
- Nie martw się, kochanie, zaraz wracam – powiedział, wyraźnie rozkoszując się jej pytaniem. Pokręciła tylko bezsilnie głową, obserwując dokładnie każdy ruch hybrydy.
Gdy Klaus zniknął za linią drzew poczuła się bardzo nieswojo. A las wokół niej huczał i żył swoim życiem, jakby nie przejmując się tym, że w jego środku znajduje się zagubiona, samotna wampirzyca.

***

Bonnie siedziała na parapecie w swoim pokoju, z nogami podciągniętymi pod brodę. Starała się nie rozważać wydarzeń ostatnich paru godzin, ale było to jednak za trudne.
Salvatore'owie pocałowali klamkę w posiadłości Mikaelsonów. Próba wtargnięcia do środka, ku zdziwieniu Damona, zakończyła się powodzeniem. Wewnątrz przywitała ich jednak tylko pustka.
Kolejna narada gangu Mystic Falls zakończyła się właściwie niczym. Wszyscy doszli do wniosku, że za porwaniem – bo nie mieli wątpliwości, że było to porwanie – stała jakaś czarownica. Jaki inny mógł być powód tego, że Bonnie nie była w stanie odnaleźć jej zaklęciem lokalizującym? Ustalono, że w pierwszej kolejności należy dowiedzieć się, gdzie podziali się Pierwotni, a szczególnie pewna opętana panną Forbes hybryda. O tym, co zrobią później, jak rozległą okolicę przeszukają i w jaki sposób, jakie środki podejmą, postanowiono zadecydować później, po odszukaniu Klausa i Rebeccah. Elena i Ric nie kwapili się z opuszczeniem domu Forebsów, Liz jednak poprosiła ich o zostawienie jej samej. Bonnie skupiała się tylko na głuszeniu wyrzutów sumienia.
Zawsze łatwo było dusić jej w sobie zalążki winy dotyczące decyzji, jakie podejmowała, ba, w większości takowy zalążek gnieździł się tak głęboko w jej sercu, że nawet go nie dostrzegała. Tym razem było jednak inaczej.
W końcu niecodziennie prosi się najgorszego wroga o porwanie najlepszej przyjaciółki.
Wstała z parapetu i wyjęła spod poduszki oprawioną w skórę książkę. Musiała zająć czymś ręce i myśli, a to był najlepszy pomysł.
Otworzyła księgę, a pergaminowe strony zaszeleściły, jakby witając ją w swoim świecie. Uśmiechnęła się do nich. Te przynajmniej nigdy jej do tej pory nie zawiodły.
Wszystkie księgi zaklęć były po części pamiętnikami czarownic, które zapisywały ostrzeżenia związane z czarami i swoje własne doświadczenia. To, co trzymała w dłoniach, było jednak czymś innym. Nie stanowiło zapisu historii rzuconych zaklęć, czy radzenia sobie z istotami nie z tego świata. Zawarte było w niej coś zdecydowanie istotniejszego, a mianowicie moralne zmagania się czarownic z ich własnym dziedzictwem, podejmowanymi decyzjami, czy też rządzącymi światem regułami.
Znalazła ten niewątpliwy skarb w piwnicy "cmentarzyska" czarownic i ukryła przed całym światem. Sekrety czarownic były sekretami czarownic, i tak powinno pozostać. Tym bardziej, że niektóre zawarte tam treści mogły być wysoce dyskusyjne dla pewnych wampirów.
Oparła się plecami o ścianę i rozpoczęła lekturę w miejscu, w którym skończyła. Szybko zatopiła się całkowicie w tekście, tracąc kontakt z rzeczywistością. Tak, to zdecydowanie najlepiej potrafiło ukoić wszelkie burze.
Coś jednak zaburzyło jej idealne skupienie. Zmarszczyła brwi, zwiększając tempo czytania. Jej oczy coraz szybciej ślizgały się po tekście, a wyrzuty sumienia przekształciły się w zjadającą ją od środka bestię. Przerzuciła parę kartek do przodu, wciąż natykając się na te same wersety, a potwór coraz zuchwalej szalał w jej sercu.
Wyższa motywacja działań... Obojętność wobec najbliższych... Poświęcanie innych dusz... Podążanie za swym wewnętrznym głosem czarownicy... Czyny podporządkowane większemu dobru...
Zatrzasnęła książkę z trzaskiem, choć to nijak nie podziałało na bestię, która zawładnęła każdą, nawet najmniejszą komórką jej serca.
Czy naprawdę wewnętrzny głos czarownicy kazał jej poświęcić Caroline dla jakiegoś większego dobra? Czy jej czyny naprawdę były tylko nieznanym jej instynktem, nie mającym nic wspólnego z troską o przyjaciółkę?
Czym ją to czyniło?
Nie chciała tego wiedzieć.

***

- Co ty robisz? - spytała Caroline sceptycznie, obserwując rozkładającego na polanie śpiwory
Klausa.
- Śpiwory są jednym z ciekawszych wynalazków ostatnich wieków – odpowiedział nie odpowiadając.
- Domyślam się – mruknęła, myśląc coś całkiem przeciwnego. - Zdecydowałeś więc podziwiać ich piękno w leśnej scenerii? - Każde jej słowo przesączone było kpiną.
Po ułożeniu śpiworów w niezbyt dużej odległości od siebie Klaus odwrócił się i znów zaserwował jej ten półuśmieszek.
- Uznałem, że komuś takiemu jak ty nie przystoi spanie na ziemi – odpowiedział.
- Spanie? - W jej głosie drżała irytacja. Jedynie jedna część jej osoby miała ochotę zapytać o znaczenie słów „komuś takiemu jak ty”, które to usłyszała nie po raz pierwszy. - Nie mam zamiaru tu spać. Wydaje mi się, że już ci mówiłam, że masz-mnie-zabrać-do-domu. - Każde z ostatnich słów wyraźnie zaakcentowała, wstając ze swojego niezbyt wygodnego drzewnego siedzenia, zakładając ręce na piersi i podchodząc do niego, stanowczo i buntowniczo patrząc mu w oczy.
Jedyną jego reakcją był szerszy uśmiech.
- To ci się przyda – powiedział, wciskając jej coś w rękę i mijając ją jak gdyby nigdy nic.
Spojrzała na rzecz trzymaną w dłoni i ku swojemu zdumieniu ujrzała zatyczki do uszu. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale gdy się odwróciła, Klausa nie było na polanie.
Stała przez dłuższą na chwilę na środku ustronia, nie wiedząc właściwie, co zrobić. Sytuacja z każdą chwilą zdawała się być coraz bardziej surrealistyczna, a zatyczki tylko spotęgowały to uczucie. Bardziej niż czegokolwiek chciała wrócić do domu, jednak przypuszczała, że tej nocy upór nic jej nie da. Westchnęła więc, odsunęła lewy śpiwór na dużą odległość od prawego i położyła się. Dużo czasu zajęło jej jednak zamknięcie oczu. Kiedy to zrobiła z niechęcią przyznała sama przed sobą, że zatyczki okażą się jednak użyteczne – las wydawał zbyt dużo dziwnych, niepokojących odgłosów, żeby mogła zasnąć.
Samo zaśnięcie, mimo dręczących ją myśli, okazało się łatwe. Już po chwili wpadła w objęcia Morfeusza.


Obserwował ją od dłuższej chwili, podziwiając blond kosmyki układające się fantazyjnie dookoła jej twarzy, gładkość jej skóry, usta pełne gracji. Wszystko w niej zdawało się być doskonałe.
Poczuł aż lekkie zdumienie związane z faktem, że nie obudziła się pod wpływem jego palącego spojrzenia.
Wyciągnął rękę w stronę jej policzka, wsłuchując się jednocześnie w regularne oddechy, jakie wydawała. Będąca na granicy słyszalności fałszywa nuta w tej harmonijnej symfonii sprawiła, że cofnął dłoń. Jeden dotyk zepsułby ten perfekcyjny obraz, jaki miał przed sobą.
Mruknęła coś przez sen i przekręciła się na drugi bok. Blond fala zamigotała mu przed oczami, prawie przejeżdżając mu po twarzy.
Prawie robi dużą różnicę.
Nie czuł się jeszcze syty jej widokiem, więc w ułamku sekundy znalazł się po drugiej stronie jej śpiwora, skąd dalej mógł podziwiać jej idealne rysy. Sądził, że nigdy nie będzie miał dosyć tej scenerii. Nigdy było bardzo długim okresem dla wampira, wręcz nieskończonym. On jednak w tamtej chwili nie miał co do tego wątpliwości. Był gotów ustawić ją na piedestale, na którym przecież i tak już stała, by nigdy nie pozwolić jej z niego zejść. Gdyby tylko mógł otworzyć jej oczy na możliwości, które traciła. Ukazać świat, jakiego dotychczas nie doświadczyła. Oddałby za to wiele rzeczy.
Blask księżyca oświetlał jej twarz, kąpiąc ją w jakiejś nadnaturalnej światłości. Uśmiechnął się do siebie. Nawet taki dodatek nie był w stanie pokonać bądź zaćmić jej wewnętrznego blasku.
Kontemplował każdy fragment jej twarzy, nasycając się tym widokiem na przyszłość. Wiedział, że każda chwila była bezcenna, bo tylko przy takiej okazji, a ta mogła się już nigdy nie powtórzyć, miał ją tylko na wyłączność. Ten obrazek nie był przeznaczony dla niego. A serce, które ostatnio boleśnie przypominało mu o tym, jak mocno potrafi bić, mówiło mu, że może nigdy nie być.
Jej jasne włosy, w które miał ochotę zanurzyć palce i upajać się ich zapachem.
Jej obecnie zamknięte powieki, kryjące niebieskie oczy, w których zawsze czaił się milion emocji. Nie rozświetlały się one dla niego. Przynajmniej jak na razie.
Jej usta, które właśnie rozwarły się lekko, wypuszczając na świat ciche westchnienie. Dlaczego wzdychała? Chciał poznać wszystkie jej problemy, znaleźć ich rozwiązanie i uczynić ją tak szczęśliwą, jak jeszcze nigdy nie była. Był gotów przychylić jej gwiazdki z nieba. Te usta należały jednak do kogoś innego. Miał ochotę rozszarpać tego, kto bezkarnie mógł składać na nich pocałunki. Gdyby w tamtej chwili na jego drodze pojawiłaby się ta marna marionetka zwana hybrydą, Lockwood, nie zawahałby się ani chwili przed uśmierceniem go na miejscu.
Pierwszy raz w swoim zaiste długim życiu nie był pewien, co przyniesie przyszłość. Pierwszy raz w życiu nie chciał iść do celu po trupach. Miał zamiar pozostawić jej wolną wolę. Sam się sobie dziwił, ale nawet nie byłby w stanie odebrać jej możliwości wyboru. Przez następnych parę dni nie będzie mogła mieć dostępu do werbeny, ale przez jego głowę w ogóle nie przemknęła myśl o wykorzystaniu tej sytuacji.
Nigdy by jej tego nie zrobił. Nie jej. Nigdy.
Chciał połączyć swój własny cel z możliwością niesienia jej pomocy i jednocześnie szansą zbliżenia się do niej, wykorzystanie jej bezbronności byłoby jednak czymś innym. Zupełnie czymś innym.
Rebekah była bardzo chętna do odbycia z nim tej „małej” wycieczki. A nawet więcej niż chętna – mimo że uległa wysoce wątpliwemu urokowi Mystic Falls i jeszcze bardziej wątpliwemu wdziękowi męskiej części jego mieszkańców, pragnęła wyrwać się z miasta. Nie mógł jej na to pozwolić, to zepsułoby wszystkie jego plany. Wiedział, że jego kochana siostra nie przyjmie odmowy, wyjechał więc wtedy, gdy nie było jej w pobliżu. Będzie na niego wściekła, to nie ulegało wątpliwości. Jej furię pozna zapewne paru niewinnych śmiertelników, którzy będą mieli tak mało szczęścia, że skrzyżują z nią ścieżki. Nie mogło go to mniej obchodzić. Nic z tego nie było ważne, podczas gdy jego anioł, urządzający prawdziwe piekło w jego sercu, był w tak oczywistej potrzebie. Jego myśli przez dłuższy czas zaprzątało to, jak uratować ją bez jej woli; rozwiązanie przyszło w postaci czarownicy, która pojawiła się w jego drzwiach, prosząc o coś kompletnie niespodziewanego. Nigdy nie był skory do spełniania próśb, jednak ta jedna propozycja wywołała szeroki uśmiech na jego twarzy.
To było dziwne, lecz zachowywał się tak, jakby potrzebował usprawiedliwienia każdego czynu, który w jakiś sposób wiązał się z Caroline. Nowe, nietypowe uczucie.
Z nią wszystko było nowe i nietypowe.
Nie spuszczał z niej oka przez całą noc, od czasu do czasu zmieniając tylko swoje położenie.
Nie każdy diabeł ma swojego anioła. Jego jednak to szczęście dotyczyło. Albo wręcz przeciwnie – nieszczęście.

Komentarz odautorski: Mam diabelski plan. Wtajemniczeni - w liczbie jednej osoby - wiedzą, o co chodzi. Ważne jest to, że pomoże on mi dokończyć tą historię. Taki prezent urodzinowy dla samej siebie.
Mam wrażenie, że od tego miejsca fabuła zaczyna się rozmywać. Ale pozostawiam to Waszej ocenie. I teraz udaję się ponadrabiać zaległości albo dokończyć piętnastkę. Do wyboru, do koloru.
Nowy szablon zawdzięczam oczywiście Christel. Dziękuję, kochana! Jak dla mnie jest boski.
Do napisania!