Witajcie, Kochani, w nowym roku!
Przepraszam Was bardzo, ale z ciężkim sercem muszę powiedzieć, że opowiadanie aktualnie posiada status "porzucone". Wiele się ostatnimi czasy zmieniło i wątpię, żebym kiedykolwiek do niego wróciła. Przepraszam tych, którzy czekali na mój powrót, jeśli gdzieś istniejecie. Dziękuję za wszystkie komentarze pod pierwszą informacją, szczególnie od Anonimowego/Anonimowej; wszystkie one wywołały uśmiech na mojej twarzy. Dziękuję za to, że ze mną byliście i przepraszam za to, że nie dokończę opowiadania.
Jeśli chcielibyście się ze mną skontaktować, piszcie bez wahania na maila: ana.graves1864@gmail.com. A jeśli nie znudził się Wam mój styl, znajdziecie mnie zapewne na nowym opowiadaniu, na które Was serdecznie zapraszam.
Jeszcze raz dziękuję Wam za wszystko, przepraszam, i życzę cudownego nowego roku! :*
piątek, 3 stycznia 2014
sobota, 10 listopada 2012
Informacja
Witajcie! Wiem, dawno mnie tu nie było, i strasznie przepraszam, że tyle czasu zajęło mnie proste poinformowanie Was o zawieszeniu...
Tak, blog jest zawieszony, ale nie porzucony, a to duża różnica. Wrócę tutaj na 99,9/100%, ale jeszcze niestety nie teraz, choć bardzo bym chciała. Serce do Pamiętników wróciło ze zdwojoną siłą, Klaroline kocham jeszcze bardziej niż wcześniej, jeśli to tylko możliwe. I bardzo chcę dokończyć to opowiadanie.
Tak więc, spodziewajcie się mnie za parę miesięcy. Z powodów niezależnych ode mnie będę mogła tu wrócić dopiero w okolicach wakacji. Mam nadzieję, że wciąż znajdzie się tu Ktoś chcący przeczytać kontynuację moich wypocin :)
Życzę Wszystkim udanego roku szkolnego/akademickiego!
Do napisania! :)
Tak, blog jest zawieszony, ale nie porzucony, a to duża różnica. Wrócę tutaj na 99,9/100%, ale jeszcze niestety nie teraz, choć bardzo bym chciała. Serce do Pamiętników wróciło ze zdwojoną siłą, Klaroline kocham jeszcze bardziej niż wcześniej, jeśli to tylko możliwe. I bardzo chcę dokończyć to opowiadanie.
Tak więc, spodziewajcie się mnie za parę miesięcy. Z powodów niezależnych ode mnie będę mogła tu wrócić dopiero w okolicach wakacji. Mam nadzieję, że wciąż znajdzie się tu Ktoś chcący przeczytać kontynuację moich wypocin :)
Życzę Wszystkim udanego roku szkolnego/akademickiego!
Do napisania! :)
czwartek, 19 lipca 2012
12. At the crossroads was the gate
Jamie wszedł do zajmowanego
przez siebie pokoju z lekkim uśmiechem, zamknął za sobą drzwi i
odwrócił się, a jego serce na chwilę przyspieszyło. Uspokoiło
się dopiero wtedy, gdy rozpoznał siedzącą na łóżku, tyłem do
drzwi, a przodem do okna, postać.
Bonnie nie zareagowała na
jego wejście. Po drobnych drżeniach jej ciała Jamie zorientował
się, że szlochała bądź powstrzymywała się od płaczu.
- Czy powinnam czuć się
winna... - wyszeptała, zanim zdążył się odezwać - …jeśli
zrobiłam coś moralnie, etycznie i zdroworozsądkowo złego, co może
mieć dobre skutki dla ogółu?
Jej głos drżał,
pobrzmiewał w nim głęboki smutek i żal. Jamie podszedł do łóżka
i usiadł za czarownicą.
- Brzmi jak dążenie do
celu po trupach – skomentował cicho. Bonnie odwróciła się do
niego gwałtownie.
- Wiem, prawda? -
wykrztusiła, patrząc mu w oczy. Jamie uśmiechnął się
pocieszająco i przyciągnął ją do siebie, zamykając w swoich
objęciach. Do tej pory nie byli ze sobą blisko, jednak nie
zastanawiał się dłużej nad tym gestem. Po prostu uznał, że tego
właśnie potrzebowała. Nie zaprotestowała, wtulając głowę w
jego koszulę.
- Cii... - szeptał co
chwilę, gładząc ją po włosach.
Bonnie po pewnej chwili
przestała szlochać, ale nie zmieniła pozycji.
- Czy czyni mnie to złym
człowiekiem? - spytała głosem wypranym z wszelkich emocji, całkiem
jakby wraz ze łzami wypłukała z siebie wszelkie uczucia.
- Nie wiem, co dokładnie
zrobiłaś... - zaczął powoli Jamie czując, że Bonnie drgnęła w
jego ramionach. Nie takiej odpowiedzi się spodziewała, nie
zamierzał jej jednak okłamywać. - ...ale jeśli zastanawiasz się nad
tym, czy jesteś złym człowiekiem... - podniósł jej głowę i
zmusił do spojrzenia sobie w oczy - ...to znaczy, że nim nie
jesteś.
Bonnie przełknęła głośno
ślinę patrząc na niego z wdzięcznością, by po chwili znowu
skryć się w jego bezpiecznych ramionach.
***
Obudziły ją pierwsze
promienie wschodzącego słońca. Przeciągnęła się niedbale i
rozwlekle, zastanawiając się, kiedy ostatnio tak dobrze spała, gdy
nagle przypomniała sobie, gdzie i z kim się znajduje. Błyskawicznie
usiadła i rozglądnęła się niespokojnie po polanie.
- Dzień dobry, ranny
ptaszku. - Usłyszała za sobą, ale nie miała ochoty się odwracać.
- Raczej nie przespałam
transportu do domu – skomentowała, wydostając się z fałd
śpiwora. Jej wzrok padł na chwilę na drugi śpiwór. Był jakoś
teatralnie wymiętoszony, ale nie miała ochoty się nad tym
zastanawiać.
Wstała na nogi i wreszcie
się odwróciła, tylko po to, by ujrzeć Pierwotnego pakującego dwa
sporej wielkości plecaki. Zmarszczyła brwi.
- Zdajesz sobie sprawę, że
istnieje coś takiego jak samochód? - spytała tonem pełnym
wyższości.
- Nie wszędzie można
dotrzeć samochodem, kochanie – odpowiedział z tajemniczym
uśmieszkiem. - Niektóre rzeczy wymagają delikatności.
Spojrzał na nią wymownie.
W odpowiedzi jedynie zmrużyła oczy.
Zapiął suwaki obu plecaków
i mimo że jeden z całą pewnością był przeznaczony dla niej, oba
przerzucił sobie przez ramiona. Bez zbędnych komentarzy ruszył w
stronę linii drzew.
Caroline nie zamierzała jednak ruszyć się z miejsca. Klaus zatrzymał się więc przy pierwszym drzewie i obejrzał na nią.
Caroline nie zamierzała jednak ruszyć się z miejsca. Klaus zatrzymał się więc przy pierwszym drzewie i obejrzał na nią.
- Idziesz? - spytał,
unosząc brwi.
- A tam prowadzi droga do
domu? - odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Nie – odrzekł od razu,
szczerze i bezpośrednio.
- Więc nie.
Usiadła na pniu, założyła
nogę na nogę i odwróciła wzrok od Pierwotnego. Nie miała zamiaru
powtarzać już po raz kolejny słów „miałeś mnie zabrać do
domu”, bo to mijało się z celem.
Klaus obserwował ją przez
chwilę, wciąż z tym samym tajemniczym uśmieszkiem na ustach, po
czym z lekkim ukłonem powiedział:
- Jak sobie życzysz – i
zniknął w lesie.
Została sama.
Nie zamierzała się tym
przejmować. Przecież to tylko las. Dzień. Nawet wampiry nie
powinny jej przeszkadzać. Posiedzi tu sobie przez chwilę, a później
pójdzie w przeciwną stronę niż Klaus.
„Przeciwna”
mogła oznaczać zarówno w lewo, na północ bądź południe, ale
to nieważne. Kiedyś trafi do domu.
Rozejrzała się dookoła,
próbując w zwartej koronie drzew odnaleźć jakikolwiek punkt
orientacyjny. Wszystko jednak wyglądało tak samo. Musiała
pokierować się własną intuicją.
Westchnęła, wstała z
kłody i prawie w tej samej chwili usiadła. Nagła intensyfikacja
dźwięków dochodzących z głębi lasu nie zachęcała, by się w
niego zagłębić. Wiatr, do tej pory spokojnie szumiący w koronach
drzew, zdawał się nagle zmienić swoje nastawienie, wiejąc jej
prosto w twarz, przynosząc razem z nieprzyjemnym zimnem dziwną
grozę. Trzaskanie gałęzi rozlegało się bliżej niż jeszcze
przed chwilą, a intensywność tych odgłosów przywodziła na myśl
dużą grupę intruzów, wagi co najmniej stada młodych słoni.
- To tylko las –
powiedziała sama do siebie, wstając ponownie i rozglądając się
dokoła, zastanawiając się, w którą stronę pójść, a w gruncie
rzeczy rozważając, z którego kierunku dochodziło
najmniej dźwięków. Nie zamierzała dać się zastraszyć jakiejś
tam naturze.
Zimny dreszcz przeszedł ją
dopiero wtedy, gdy w bardzo niewielkiej odległości od kłody rozległo się warczenie. Takie samo, jak poprzedniej nocy.
Może cały las po prostu
wykorzystywał jej strach? A może po prostu po raz kolejny wpadała
w paranoję?
Wpatrzyła się w gąszcz,
który po chwili przyniósł jej odpowiedź. Gdy ujrzała żółte
oczy patrzące na nią z wściekłością nie czekała już dłużej,
rzucając się biegiem w prawą stronę lasu.
Co z tego, że mógł to być
tylko zwykły wilk? Jeśli byłoby ich tyle, ile poprzedniej nocy, a
jej umysł znów łaskawie zacząłby płatać figle w najmniej
odpowiednim momencie, nie dałaby rady się od nich odpędzić. Coś
jej jednak mówiło, że to nie był zwykły wilk. Bo to nie był
zwykły las.
Zatrzymała się już po
paru krokach.
- Co... - zaczęła,
marszcząc brwi. - Czekałeś na mnie?
Klaus w istocie stał oparty
o drzewo, w odległości zaledwie paru metrów od polany.
- A jak myślisz? -
odpowiedział, obdarzając ją uśmieszkiem. Zgrzytnęła zębami.
- Okej – rzekła, patrząc
mu prosto w oczy. - Ustalmy jedno.
- Zamieniam się w słuch. -
Oparł się o drzewo swobodniej, a w jego oczach kryła się
ciekawość.
Zmrużyła oczy. Nie była
pewna, którą ścieżką swoich myśli powinna podążyć, w końcu
zdecydowała się na tą niosącą lekkie znamiona uprzejmości.
- Nie wrócę do domu –
zaryzykowała po raz ostatni, nadając temu zdaniu lekką intonację
pytania. Pokręcił głową z uśmiechem. Westchnęła i mówiła
dalej. - Twierdzisz, że ta... wycieczka... przyniesie korzyści nam
obojgu.
Pokiwał głową, lecz w
jego oczach pojawił się przebłysk ostrożności. Wyraźnie nie był
pewien, w którą stronę zmierza jej rozumowanie.
Ona sama też nie była tego
pewna. Z jednej strony chciała znaleźć się jak najdalej od tego
typa spod ciemnej gwiazdy i nigdy więcej nie mieć z nim nic
wspólnego. Z drugiej pragnęła dalej rozkoszować się prawie
całkowicie czystym mózgiem, jaki posiadała w jego obecności. Nie
mogła dalej wmawiać sobie, że to zwykły zbieg okoliczności.
Bo to nie był zbieg
okoliczności.
Nie chciała przebywać z
nim dłużej niż było to konieczne, jednak bardziej niż
czegokolwiek pragnęła uzdrowienia. A jeśli tylko on mógł jej to
zapewnić... To musiała przynajmniej spróbować.
Obiecała sobie, że przy
pierwszym lepszym odrażającym wybryku Pierwotnego, jakich się nagminnie
dopuszczał, zrezygnuje i ucieknie gdzie pieprz rośnie.
- I całemu miastu –
dodała szybko, żeby nie wyszło na to, że kieruje się tylko
własnymi egoistycznymi pobudkami.
Nie żeby obchodziła ją
jego opinia na jej temat.
W jego oczach pojawiła się
niechęć, potwierdził jednak. No tak, co go obchodziło całe
miasto?
- Mam tak po prostu założyć,
że chcesz mi pomóc? - spytała sceptycznie.
- Masz tak po prostu
założyć. - Uśmiechnął się, a w jego oczach zaiskrzyła jakaś
iskra.
- Co chcesz w zamian?
Wciąż się uśmiechał,
ona jednak nie miała zamiaru odwzajemnić tego gestu.
- Tylko twojego towarzystwa,
kochanie.
Na chwilę zbiło ją to z
tropu, nie dała jednak tego po sobie poznać. Przełknęła głośno
ślinę, westchnęła z lekką rezygnacją, po czym spytała:
- Obiecujesz, że jeśli
zgodzę się na tą twoją cholerną wycieczkę, to po wszystkim
zabierzesz mnie do domu?
- Słowo honoru –
odpowiedział poważnie, wyciągając do niej rękę, którą
niechętnie uścisnęła.
Mieli umowę.
Caroline dopiero po chwili
zdała sobie sprawę z faktu, że właściwie nie miała pojęcia,
czego ta umowa tak naprawdę dotyczyła. Wciąż nie wiedziała gdzie
są, po co, ani jaki jest właściwy cel tego wojażu, bo wątpiła,
by chodziło o wycieczkę krajoznawczą. Przeczuwała też, że
wplątuje się w jakieś niezłe bagno, ale cóż mogła na to
poradzić, gdy nie mogła wyrzucić ze swojej duszy desperackiej
chęci przetrwania?
- Wyglądasz jeszcze
piękniej, gdy jesteś zdezorientowana. - Usłyszała głos Klausa
tak blisko siebie, że z trudem powstrzymała się od podskoczenia.
- Och, zamknij się –
syknęła, podnosząc na niego wzrok. Oderwał się od drzewa i stał
niedaleko niej, a w jego oczach malował się ten dziwny podziw,
który pierwszy raz ujrzała podczas balu rodziny Mikaelsonów.
Poczuła lekkie wyrzuty sumienia z powodu takiej riposty, ale szybko
zdusiła je w zarodku.
- Jeśli sobie tego życzysz
– odpowiedział niezrażony, usuwając się nieco na bok ze
ścieżki. Zmarszczyła brwi. Czy on na wszystko miał gotową
odpowiedź? - Panie przodem – dodał, ukazując ręką kierunek
marszu.
- Jeśli sobie tego życzę?
- Ten facet naprawdę działał jej na nerwy. - Gdybym poprosiła,
żebyś był moim niewolnikiem, też byś się zgodził?
Czuła, że przegina, nie
mogła się jednak powstrzymać. Spojrzała na niego z ironicznym
uśmiechem na twarzy, oczekując odpowiedzi.
- Jestem twoim niewolnikiem,
kochanie.
Nie takiej odpowiedzi
oczekiwała. Otworzyła usta, żeby zaprzeczyć jego słowom, ale
ubiegł ją, mówiąc:
- Niewolnikiem czasem
chroniącym swoją damę przed nią samą.
Przez krótką chwilę
analizowała znaczenie tych słów, w końcu doszła do wniosku, że
chodzi mu o przetrzymywanie jej tutaj wbrew jej własnej woli.
Parsknęła, wyrwała mu z ręki plecak i ruszyła wskazaną ścieżką.
- Powiesz mi przynajmniej
co tu robimy, gdzie idziemy i czego szukamy? - spytała, nie
odwracając się w jego stronę.
- Tyle pytań, Caroline, a
przecież wyraźnie dałaś mi do zrozumienia, że chcesz, bym się
zamknął. - Zaakcentował ostatnie słowo, jakby jego wulgarność
drażniła go w uszy.
Zgrzytnęła zębami i
wymruczała pod nosem wiązankę przekleństw. Tych parę dni – a
przynajmniej miała nadzieję, że to potrwa tylko parę dni –
które mieli spędzić w swoim towarzystwie, zapowiadało się
naprawdę mało ciekawie.
- Wszystko w swoim czasie,
Caroline – dodał, jakby zauważył, że temperatura jej emocji
powoli osiąga punkt wrzenia. - Wszystko w swoim czasie.
Nie zamierzała tego
komentować. Postanowiła na razie odciąć się od rzeczywistości,
a przede wszystkim od niego i w ciszy kontemplować naturę.
Spokój nie panował jednak w
jej głowie. Choć była prawie w pełni władz umysłowych, wciąż nie
panowała nad swoimi myślami, które uparcie krążyły wokół obecnej sytuacji i przymusowego towarzysza.
Szczególnie wokół
jej towarzysza.
Szli przed siebie w
całkowitej ciszy.
Od czasu do czasu Klaus
rzucał w jej stronę długie, powłóczyste spojrzenia.
Przypuszczał, że nie będzie za bardzo rozmowna pierwszego dnia,
nie zamierzał też jej do tego zmuszać. Porwanie jej było już
wystarczającą plamą zarówno na jej godności, jak i na jego
gentelmańskim honorze, chciał więc nie kazić już więcej tych
rzeczy. Zacznie rozmowę, kiedy będzie chciała, nie będzie jej do
tego popychał.
Na razie szła z pochyloną
głową, wyglądając tak, jakby całkowicie absorbowała ją jakaś
wewnętrzna walka. Zdawała się być jeszcze piękniejsza niż
zazwyczaj. Od czasu do czasu prychała i kręciła głową, a jej
loki podskakiwały z każdym takim gwałtownym ruchem.
Choć może było to nieco
irracjonalne, to musiał przyznać, że teraz, nie w pełni władz
umysłowych, jeszcze bardziej go do siebie przyciągała.
Obawiał się tylko, że nie
będzie wiedział, jak może jej pomóc. Jeśli mu się to nie uda, będzie musiał znaleźć
inną drogę do jej serca. O ile, oczywiście, będzie jeszcze żywa.
Choć nie uznawał niczego
za niemożliwe, przyznawał sam przed sobą, że jeśli chodziło o
nią, wszystko było możliwe, nawet pozorne niemożliwości. Musiał mieć
się na baczności.
Wyraz zacięcia na jej twarzy
coraz bardziej się pogłębiał. Zabawnym był fakt, że szła,
nawet nie wiedząc, gdzie idzie. Gdyby się uparła co do posiadania
tej wiedzy od razu podałby jej odpowiedź na tacy. Skoro jednak
pogodziła się z pierwszą odmową, nie zależało jej za bardzo na
poznaniu prawdy. Wcale mu to nie przeszkadzało.
Nawet milczenie w jej
towarzystwie było czymś, czym się rozkoszował.
Caroline nigdy nie należała
do osób, które lubują się ciszą. Przed przemianą jej usta
rzadko kiedy się zamykały, później zaczęły robić to z większą
częstotliwością, ale i tak wciąż można było zaliczyć ją do
gadatliwych osób.
Po przeanalizowaniu sytuacji
wszerz i wzdłuż, obróceniu jej pod wszelkimi możliwymi kątami i
rozważeniu wszystkich możliwych konsekwencji milczenie zaczęło jej
ciążyć. Fakt, nie wędrowała z kimś, z kim bardzo chętnie
wdałaby się w konwersację, jednak poczuła, że musi przerwać ciszę.
- Wiesz, że filmy drogi są
najnudniejszymi z możliwych? - rzuciła z sarkazmem, ostrożnie
wpatrując się w grunt, który pokryty był wystającymi konarami,
rozmiękłą po widocznie niedawnych opadach glebą i różnymi
innymi pułapkami natury, których nie powstydziłby się najgorszy
czarny charakter. Czyli Klaus, pomyślała z przekąsem.
Ironia losu. Nie pierwsza w tej niecodziennej historii.
- Wyraziłbym zupełnie
odmienną opinię – powiedział z lekkim uśmiechem, odwracając
się do niej. Od pewnego czasu to on szedł na przedzie. - "Swobodny jeździec", na przykład.
- Proszę cię –
prychnęła. - Wysiliłbyś się na coś mniej prehistorycznego.
W jego oczach dostrzegła
rozbawienie. Fakt, dla niej film z 1969 roku był „prehistoryczny”,
bo nawet jej matki nie było wtedy na świecie, a przynajmniej tak jej się wydawało. Dla niego
„prehistoria” zbliżała się zaś do tej prawdziwej.
No, może lekko przesadziła.
Ale tak naprawdę leciutko.
- Nuda nam nie grozi,
skarbie – rzekł, wciąż z tym samym błyskiem w oku i szczerym
uśmiechem z nutką zadziorności. Nie było w nim grozy, której
bezskutecznie się doszukiwała.
- Co masz na myśli? -
spytała, choć nie była pewna, czy chce poznać odpowiedź.
- A co chciałabyś
usłyszeć? - Tym razem rozbawienie było wyraźniej widoczne. Czy on
sobie z niej kpił, czy też mówił poważnie?
- Że nie grozi nam... mi
śmierć – warknęła, poprawiając się po lekkim wahaniu.
Rozbawienie zniknęło z jego oczu, jakby nigdy się tam nie
pojawiło, zastąpione przez chłodną obojętność. Dałaby sobie
uciąć rękę, że przez sekundę ujrzała w jego niebieskich
tęczówkach ból. Choć to nijak jej do niego nie pasowało.
- Wybacz, nie mogę ci tego
zagwarantować – powiedział sucho, ponownie odwracając się do
niej plecami.
Wywróciła oczami,
postanawiając już więcej się nie odzywać. Rozmowa z nim była
jednak rzeczą o wiele trudniejszą niż milczenie. Wyczerpującą i
tak już nadwątlone siły psychiczne.
***
Bonnie otworzyła oczy
dopiero wtedy, gdy wpadające do pokoju przez szczelnie zasłonięte
okna promienie słoneczne stały się zbyt silne. Zmarszczyła brwi,
zamrugała gwałtownie i rozejrzała się po pomieszczeniu, usiłując
przypomnieć sobie, jak się tutaj znalazła.
Była w swoim pokoju,
przykryta starannie kołdrą. Nie pamiętała, żeby dotarła tutaj o
własnych siłach. Ostatnią rzeczą z poprzedniej nocy, jaką sobie
przypomniała, był mocny i bezpieczny uścisk Jamie'ego. Doszła do
wniosku, że musiała zasnąć w pokoju zajmowanym przez chłopaka, a
on w nocy przeniósł ją na jej własne łóżko. Gdy sobie
to uświadomiła zarumieniła się i poczuła, że temperatura jej
policzków wyraźnie wzrosła.
Wygramoliła się z łóżka,
szybko przebrała i po drodze do drzwi zerknęła
przelotnie na zegarek. Pierwsza po południu. Pięknie.
Wyszła do kuchni, mając
nadzieję, że nikogo w niej nie zastanie. Niestety, u celu spotkało
ją przykre rozczarowanie.
- Dzień dobry. - Abby
przywitała ją uśmiechem, podsuwając jej kubek gorącego kakao.
Bonnie nawet nie zamierzała oponować.
- Dziękuję – mruknęła,
siadając przy kuchennym blacie. Czuła się jak wyżęta przez
wyżymaczkę. Wczorajsze łzy i wyrzuty sumienia oraz zdecydowanie za
późna godzina na „ranną” pobudkę nie podziałały dobrze na
jej organizm.
Zanurzyła usta w gorącym
płynie, od razu parząc sobie język. Abby musiała nasłuchiwać
odgłosów dochodzących z jej pokoju, żeby być gotową na
przygotowanie napoju. Pierwszy gest matki, który córka była w
stanie docenić.
- Nie wybierasz się
nigdzie? - spytała obojętnie, rozważając, czy czuje się na
siłach zrobić sobie coś do jedzenia. Po krótkim namyśle doszła
do wniosku, że jeszcze nie.
- Jeszcze nie -
odpowiedziała Abby, używając tych samych słów, co córka w
myślach. Bonnie zmarszczyła brwi. - Chciałam z tobą porozmawiać.
Bonnie westchnęła i
odsunęła od siebie kubek, chcąc z miejsca ugasić wszelkie możliwe zarzewie dyskusji. Abby jednak nie pozwoliła jej dojść do słowa,
dodając szybko:
- Nie martw się, nie o
naszych relacjach. Powiedzmy, że o sprawach... czarownic.
Dotyczących bezpieczeństwa Mystic Falls.
- Słucham - powiedziała
Bonnie bez większego entuzjazmu, podejmując jednak próbę wstania
i sięgnięcia po chleb. Czynność ta wymagała tak wielkiego wysiłku, że aż zakręciło jej się w głowie. Zadecydowała, że
od lodówki dzieli ją zbyt duża odległość i usiadła z powrotem,
pogryzając trzymaną w dłoni bułkę.
- Zauważyłam pewną
niepokojącą rzecz - zaczęła Abby, opierając się o blat na skos
od Bonnie, odgryzając kawałek trzymanego w dłoni jabłka. Jego
czerwoność wywołała u młodej czarownicy nieprzyjemne
skojarzenia. - Znasz znaki nowego niebezpieczeństwa, prawda?
- Coś obiło mi się o uszy -
odpowiedziała Bonnie, zerkając na matkę ze zmarszczonymi brwiami.
Tradycja czarownic
przekazywała nie tylko gotowe teksty zaklęć, ale też przesądy i
różne praktyki, jakie wyznawały bądź stosowały. Wśród nich znajdowały się
znaki, które miały zwiastować "nowe" niebezpieczeństwo.
Bonnie nigdy nie rozumiała sensu podkreślenia słowa "nowe".
Być może czarownice uważały, że na świecie ogólnie nie jest
bezpiecznie, i zawsze gdzieś kryje się jakieś niebezpieczeństwo?
Z tym Bonnie akurat prawie się zgadzała, nigdy jednak nie
przykładała wagi do tego typu znaków i wróżb.
- Dlaczego pytasz? -
spytała, nieświadomie mieszając magią kakao.
- Bo zauważyłam to u was.
- Abby wzruszyła ramionami. Wyraźnie zawahała się przed słowem
"was". Widać zastanawiała się nad użyciem wyrazu "nas",
ale doszła do wniosku, że obie jeszcze nie są na to gotowe. I
dobrze, pomyślała Bonnie.
- Pierwszym znakiem jest
morderstwo - nad tym chyba nie musimy się zastanawiać, prawda?
Bonnie nie zaprzeczyła ani
nie przytaknęła, przyglądając się ożywionej twarzy matki.
Takiej pełnej emocji Bennett-Wilson jeszcze nie widziała.
- Drugim zniknięcie wroga.
Klaus wyjechał, prawda?
- Nie wiemy, gdzie jest -
odpowiedziała Bonnie, czując dziwne ukłucie w brzuchu, które
jednak szybko zignorowała. - To tylko zabobony pochodzące z
tradycji, o niczym nie świadczą. Nie mam zamiaru w to wierzyć.
Ożywienie Abby nieco
opadło, ale jednak nie zniknęło.
- Jak chcesz - powiedziała,
wyprostowując się i gryząc jabłko. - Miej jednak oczy otwarte na
następne znaki: otwarcie się książki na stronie zawierającej
słowo "śmierć", przekręcenie znaku przeciwnie do
kierunku wiatru...
- ...pożar lasu, zawalenie
się mostu - dokończyła za nią Bonnie. - Tak, wiem.
- To dobrze. - Abby
przesłała jej coś w stylu pocieszającego uśmiechu.
W tym momencie do kuchni
wszedł Jamie. Na jego widok Bonnie zarumieniła się po cebulki włosów i spuściła wzrok.
- Co to, wymieniacie znaki
apokalipsy? - spytał, śmiejąc się. Podszedł do kosza z owocami i
wyjął stamtąd jabłko. Co oni mieli dzisiaj z tymi jabłkami?
- Tylko jeśli przez
apokalipsę rozumiesz zagrożenie dla Mystic Falls - odpowiedziała
mu Abby. - Ale to by znaczyło, że taki stan trwa tutaj na okrągło.
- Nie masz racji -
zaprzeczyła Bonnie. - Przez wszystkie lata twojej nieobecności
było tu spokojnie.
- Jesteś tego pewna? - Abby
uniosła do góry prawą brew, ponownie opierając się o blat i
nachylając nad czarownicą. - Mystic Falls jest przeklęte, Bonnie.
Im szybciej to zrozumiesz, tym lepiej.
Po tych słowach, które
wywołały ukłucie niepokoju u czarownicy, wyprostowała się i
oświadczyła:
- Idę kontynuować
zwiedzanie. Może spotkam jakichś znajomych. Będę wieczorem. -
Cmoknęła Jamie'ego w policzek, a zanim Bonnie zdołała
zaprotestować również i ją, po czym zniknęła.
Atmosfera, jaka zapanowała
w kuchni, wbrew pozorom nie była napięta. Jamie uśmiechnął się
do Bonnie i usiadł na krześle obok niej.
Otworzył usta, żeby coś
powiedzieć, ale ona zrobiła to samo. W rezultacie żadne z nich się
nie odezwało, a po chwili wybuchnęli śmiechem. Jamie naturalnym,
Bonnie trochę nerwowym. Chciała z nim porozmawiać o wydarzeniach
poprzedniej nocy, ale nie miała odwagi. Postanowiła więc pójść
inną drogą.
- Poszedłbyś ze mną do
biblioteki? - spytała, postanawiając połączyć przyjemne z
pożytecznym. Chociaż musiałaby się bardzo długo zastanawiać, by
określić, co miało być tym "przyjemnym".
- Nie ma sprawy - uśmiechnął
się tak szczerym i niewinnym uśmiechem, że Bonnie poczuła
przyjemny uścisk w brzuchu.
Przełknęła ślinę. Może
właśnie to miało być tą "przyjemną" częścią.
Komentarz odautorski: I jest, pierwszy rozdział po przenosinach. Miał być w piątek. I to nie ten 13, tylko jeszcze tydzień wcześniej. Co mam na swoje usprawiedliwienie? Może blog numer trzy? Może fascynacja panem Deanem Winchesterem? A może zwyczajnie, stracenie serca do Pamiętników?
Nie powiem, że do tego opowiadania, bo nie chcę tego mówić. Dokończę to. Na pewno. Rozdziały mam napisane do osiemnastki, więc jeszcze przez parę tygodni Was pomęczę. :)
Opinii nie będę wyrażać, powiem tylko, że moi bohaterowie coraz mniej przypominają oryginały.
Pytanie do Was: gdyby mi coś strzeliło do głowy i chciałabym skopiować Wasze komentarze na blogspota, mielibyście coś przeciwko?
Do napisania!
środa, 18 lipca 2012
Soundtrack
Większość piosenek nie jest dobierana ze względu na treść pasującą do
rozdziału, czy też odpowiadającą do nich melodię; po prostu tytuł
rozdziału pochodzi albo z tytułu piosenki, albo też z jej tekstu. Myślę,
że większość utworów będzie doskonale znana blogowej społeczności, choć
postaram się znajdować też coś bardziej oryginalnego.
00. Within Temptation Where is the edge
01. Paradise Lost Forever failure
02. Blind Guardian Battlefield
03. Hoobastank Crawling in the dark
04. 30 Seconds to Mars Hurricane
05. The Pretenders I'll stand by you
06. I Am Ghost This is home
07. Full Blown Rose Somebody help me
08. Three Days Grace Riot
09. Nightwish Bye, bye, beautiful
10. Ana Johnson We are
11. Virgin Snatch Trust 12. Nik Ammar Turn it back
01. Paradise Lost Forever failure
02. Blind Guardian Battlefield
03. Hoobastank Crawling in the dark
04. 30 Seconds to Mars Hurricane
05. The Pretenders I'll stand by you
06. I Am Ghost This is home
07. Full Blown Rose Somebody help me
08. Three Days Grace Riot
09. Nightwish Bye, bye, beautiful
10. Ana Johnson We are
11. Virgin Snatch Trust
Linki
Czytam/Informuję:
The Vampire Diaries
The Vampire Diaries
Harry Potter
Blogi graficzne:
Place of art*
Spisy blogów:
Rejestr blogówRejestr opowiadań
Katalog opowiadań
Bohaterowie
Pracuję nad kartami bohaterów. Po kliknięciu na nazwisko nastąpi przejście na pełny opis. Zdjęcia w kartach pochodzą z Wikii, na opisy krytycznym okiem rzuciła Christel.



Caroline Forbes
Wampir, lat 18


Bonnie Bennett
Czarownica, lat 18


Klaus
Hybryda, około 1000 lat


Abby Bennett Wilson
Wampir, około 40 lat
Jamie
Człowiek, około 20 lat


Elizabeth Forbes
Człowiek, około 40 lat
Ikony: Vanity Fair, Avki TVD, McOlusska
About
Caroline wydaje się, że nie może już
być gorzej. Pierwotni wciąż istnieją, Bonnie jest w rozsypce, a Tyler przepadł
bez wieści. Okazuje się jednak, że zawsze może być gorzej. Gdy zostaje
pozbawiona jedynej rzeczy, na której zawsze mogła polegać - swoich zdrowych
zmysłów - musi walczyć o pozostanie sobą, bądź poddać się nieubłaganemu losowi.
Pomoc przyjdzie z najmniej oczekiwanej strony, zmieniając przyszłość nie tylko
panny Forbes, lecz także całego Mystic Falls...
piątek, 29 czerwca 2012
11. Try to run
Gdy znalazła się w
bezpiecznej odległości od swojego prześladowcy zatrzymała się i
przeszukała wszystkie kieszenie, jakie posiadało jej ubranie, w
poszukiwaniu komórki. Zgodnie z oczekiwaniami nie znalazła tam
nawet śladu po telefonie. Parsknęła więc tylko, nie wiadomo po
raz który tego dnia, i kontynuowała bieg.
Nie zastanawiała się nad kierunkiem swej wędrówki. To nie było ważne, chciała jedynie znaleźć się
jak najdalej od tej polany, jak najdalej od Klausa i wszystkiego, co
się z nim wiązało. Nie zastanawiała się też nad tym, czy
zagłębiała się w jeszcze gęstszy las, czy też zbliżała się
do wyjścia z niego. W końcu z każdej strony drzewa miały swój
koniec. Prędzej czy później i tak do niego dotrze.
Wraz z upływem czasu jej
gniew powoli się zmniejszał, za to pojawiał się niepokój.
To był dziwny las. Nie
przypominał w niczym zadrzewionych okolic Mystic Falls, jedynych,
jakie znała jak własną kieszeń. Zawsze sądziła, że nie może
być bardziej ponurego miejsca niż leśne terytoria jej rodzinnego
miasta. Okazało się, że była w błędzie.
Drzewa zdawały się tu
rosnąć gęściej niż gdziekolwiek indziej, a ich korony tworzyły
szczelną zasłonę przed słońcem. Dopiero zmierzchało, w lesie jednak
było ciemno jak w środku nocy. Wiatr wygrywał wśród liści swoją
własną melodię, pełną grozy i żalu. Każde pęknięcie gałązki
odbijało się zwielokrotnionym echem. A wszystko wokół zdawało
się przyzywać ją do siebie, przyciągać ją, chcąc zmienić tor
jej biegu.
To tylko paranoja,
powtarzała sobie, nie
zatrzymując się. Nie mogła jednak pozbyć się uczucia bycia
obserwowaną. Przez więcej niż jedną parę oczu. Wrażenie to z
każdą chwilą się potęgowało, jakby niewidzialni prześladowcy
byli coraz bliżej.
Usiłowała podczas biegu
choć trochę rozeznać się w terenie, ale nie mogła znaleźć
żadnego punktu orientacyjnego, niczego, co wyróżniałoby się w
gęstniejącym mroku. Przez głowę przemknęła jej szybka myśl, że
się zgubiła, ale szybko wyrzuciła ją z umysłu. Jak mogła się
zgubić, od samego początku nie wiedząc, gdzie jest?
Szumienie liści dookoła
niej przybrało na sile. Trzask suchych gałązek, który powtarzał
się z groźną regularnością coraz bliżej niej, sprawiał, że
podskakiwała. Nie zatrzymała się jednak, a wręcz przeciwnie,
przyspieszyła tempa. Gdziekolwiek by nie biegła, gdzieś musiał
istnieć koniec tego piekielnego lasu, prawda? Starała się w to nie
wątpić.
Szybki przebłysk jasności
przed oczami. Jej serce zabiło mocniej. Pomyślała, że wreszcie
widzi metaforyczne i dosłowne światło w tunelu. Po kolejnym
przebłysku znowu zadudniło jej w klatce piersiowej, tym razem z rozpaczy.
- Nie – jęknęła,
starając się kontynuować bieg. - Tylko nie teraz...
Jej mózg jednak dawno
przestał jej słuchać. Obrazy i przebłyski mieszały jej
postrzeganie lasu, nie wiedziała już, czy biegnie do przodu, czy
zaczyna się cofać, czy krąży dookoła. Nie miała pojęcia, z
której strony przybiegła.
Z prawej strony rozległ
się nagle inny od wszystkich zwykłych odgłosów nocnego życia lasu
dźwięk. Drgnęła i mimowolnie zatrzymała się, spoglądając w
zarośla. To było warczenie. Z całą pewnością. Znała ten rodzaj
warczenia. Wydawał je tylko jeden gatunek istot.
Wilkołaki.
W mroku dostrzegła wielkie
żółte ślepia, wpatrujące się w nią. A także wyszczerzone,
lśniące bielą kły oraz najeżoną, błyszczącą sierść.
Cofnęła się odruchowo,
wpadając na drzewo. Odwróciła się błyskawicznie,
odskakując od rośliny, niedaleko której lśniła kolejna para
miodowych oczu.
Warczenie nagle zdało się
ją osaczać, dobiegając z każdej możliwej strony. Rozglądała
się dookoła z szybkością, która uniemożliwiała jej ujrzenie
jakichkolwiek szczegółów.
Wiedziała jedno. Była
otoczona.
W jej mózgu pozostała
tylko jedna myśl, jej sercem zawładnęło tylko jedno pragnienie.
Desperacka chęć przetrwania.
Wilki były coraz bliżej,
otaczając ją ciaśniejszym kołem. Przestała się rozglądać,
stojąc spokojnie w miejscu i analizując sytuację. Jej bystre oczy
dojrzały małą wyrwę między agresorami. To była jej jedyna
szansa.
Wyrwała
się do przodu tak szybko, że nawet nie zarejestrowała tego
momentu. W następnej chwili gnała już przed siebie, wciskając
pedał wampirzego tempa do samego końca. Nie słyszała nic oprócz
szumu wiatru w uszach, nie widziała nic oprócz drzew, między
którymi lawirowała. Skupiła się tylko na biegu, nie dopuszczając
do siebie myśli o tym, że przecież nie ma pojęcia, gdzie jest
miejsce, w którym byłaby bezpieczna, gdzie powinna się udać. Bieg był
w tamtej chwili najwyższą wartością, całkiem jakby ucieczka stanowiła
sens jej życia.
Nagle
między drzewami nieco się przejaśniło, a po chwili Caroline
wypadła na okrągłą polanę. Nie chciała się zatrzymywać, ale
stanęła w miejscu, gdy zdała sobie sprawę, że to ta
polana. W tej chwili jedyne
miejsce, w którym była bezpieczna od wilkołaków, co przyznała z
niechęcią.
- Zapomniałaś czegoś? -
Klaus spojrzał na nią obojętnie.
Caroline nie odpowiedziała,
stojąc na skraju polany i ciężko dysząc. Teoretycznie wampirze
tempo nie mogło jej wyczerpać, jednakże czuła się tak, jakby
będąc człowiekiem przebiegła maraton. Nie miała odwagi odwrócić
się i sprawdzić, czy pościg zawędrował aż tutaj. Nie wiedziała,
czy w ogóle ją gonili, ale nie chciała ryzykować ponownego
ujrzenia tylu wrogich, wpatrzonych w nią ślepi, z wymalowaną w jasnych tęczówkach żądzą mordu.
Dopiero gdy się uspokoiła
zaczęła zastanawiać się nad tą dziwną sytuacją. Nie było
pełni, skąd więc miałyby pojawić się wilkołaki? Może to były
zwykłe wilki, i po prostu najzwyczajniej w świecie spanikowała.
Teoretycznie mogły to być hybrydy. A jeśli tak, to zdecydowanie
byłaby to sprawka Pierwotnego.
Zerknęła na Klausa, który
obserwował ją z lekką kpiną w oczach. Nie miała zamiaru pytać
się go o cokolwiek. Nie był osobą, od której chciałaby dostać
jakiekolwiek odpowiedzi.
- Masz zabrać mnie do domu,
w tej chwili – powiedziała stanowczo, patrząc na niego
buńczucznie.
Odpowiedział jej jedynie
szerokim uśmiechem, po czym wyciągnął w jej stronę patyk z
kiełbaską.
Parsknęła z oburzeniem,
nie ruszając się z miejsca.
- Nie ma sensu się boczyć,
kochanie. - Jego uśmiech o dziwo wydawał się być szczery.
Zmrużyła oczy i spojrzała
na niego ciężko, ale przyjęła kijek i usiadła obok niego na
powalonym drzewie.
- Wszyscy będą mnie
szukać. A jak już znajdą, to jestem pewna, że zabiją cię samym
gniewem – stwierdziła z szerokim, sztucznym uśmiechem.
- Nie wątpię. Zapewniam
cię jednak, że nie masz się o co martwić. Na pewno cię nie
znajdą – odpowiedział beztrosko. Nawet nie starała się
zrozumieć znaczenia ostatniego zdania.
- Tak dla twojej informacji,
nie mam najmniejszego zamiaru się stąd ruszyć – oświadczyła,
nie spuszczając oka z płomieni.
- Nie wątpię – mruknął,
a jego twarz rozświetlił jakiś zagadkowy uśmiech. - Kto ci
powiedział, że będziesz mieć jakiś wybór? - spytał bez cienia
groźby w głosie, z iskierką w oczach.
Spojrzała na niego z
gniewem i już otworzyła usta, by coś powiedzieć, gdy Pierwotny
podniósł się z miejsca.
- Gdzie idziesz? - spytała,
nie mogąc powstrzymać uczucia paniki. Nie chciała być tutaj sama,
nawet jeśli jej jedynym towarzyszem miał być nie kto inny, jak
Klaus.
- Nie martw się, kochanie,
zaraz wracam – powiedział, wyraźnie rozkoszując się jej
pytaniem. Pokręciła tylko bezsilnie głową, obserwując dokładnie
każdy ruch hybrydy.
Gdy Klaus zniknął za linią
drzew poczuła się bardzo nieswojo. A las wokół niej huczał i żył
swoim życiem, jakby nie przejmując się tym, że w jego środku
znajduje się zagubiona, samotna wampirzyca.
***
Bonnie siedziała na
parapecie w swoim pokoju, z nogami podciągniętymi pod brodę.
Starała się nie rozważać wydarzeń ostatnich paru godzin, ale
było to jednak za trudne.
Salvatore'owie pocałowali
klamkę w posiadłości Mikaelsonów. Próba wtargnięcia do środka,
ku zdziwieniu Damona, zakończyła się powodzeniem. Wewnątrz przywitała ich jednak tylko pustka.
Kolejna narada gangu Mystic
Falls zakończyła się właściwie niczym. Wszyscy doszli do
wniosku, że za porwaniem – bo nie mieli wątpliwości, że było
to porwanie – stała jakaś czarownica. Jaki inny mógł być powód
tego, że Bonnie nie była w stanie odnaleźć jej zaklęciem lokalizującym?
Ustalono, że w pierwszej kolejności należy dowiedzieć się, gdzie
podziali się Pierwotni, a szczególnie pewna opętana panną Forbes
hybryda. O tym, co zrobią później, jak rozległą okolicę
przeszukają i w jaki sposób, jakie środki podejmą, postanowiono
zadecydować później, po odszukaniu Klausa i Rebeccah. Elena i Ric
nie kwapili się z opuszczeniem domu Forebsów, Liz jednak poprosiła
ich o zostawienie jej samej. Bonnie skupiała się tylko na głuszeniu
wyrzutów sumienia.
Zawsze łatwo było dusić
jej w sobie zalążki winy dotyczące decyzji, jakie podejmowała,
ba, w większości takowy zalążek gnieździł się tak
głęboko w jej sercu, że nawet go nie dostrzegała. Tym razem było
jednak inaczej.
W końcu niecodziennie
prosi się najgorszego wroga o porwanie najlepszej przyjaciółki.
Wstała z parapetu i wyjęła
spod poduszki oprawioną w skórę książkę. Musiała zająć czymś
ręce i myśli, a to był najlepszy pomysł.
Otworzyła księgę, a
pergaminowe strony zaszeleściły, jakby witając ją w swoim
świecie. Uśmiechnęła się do nich. Te przynajmniej nigdy jej do
tej pory nie zawiodły.
Wszystkie księgi zaklęć
były po części pamiętnikami czarownic, które zapisywały
ostrzeżenia związane z czarami i swoje własne doświadczenia. To,
co trzymała w dłoniach, było jednak czymś innym. Nie stanowiło
zapisu historii rzuconych zaklęć, czy radzenia sobie z istotami nie
z tego świata. Zawarte było w niej coś zdecydowanie
istotniejszego, a mianowicie moralne zmagania się czarownic z ich
własnym dziedzictwem, podejmowanymi decyzjami, czy też rządzącymi
światem regułami.
Znalazła ten niewątpliwy
skarb w piwnicy "cmentarzyska" czarownic i ukryła przed całym
światem. Sekrety czarownic były sekretami czarownic, i tak powinno
pozostać. Tym bardziej, że niektóre zawarte tam treści mogły być
wysoce dyskusyjne dla pewnych wampirów.
Oparła się plecami o
ścianę i rozpoczęła lekturę w miejscu, w którym skończyła.
Szybko zatopiła się całkowicie w tekście, tracąc kontakt z
rzeczywistością. Tak, to zdecydowanie najlepiej potrafiło ukoić
wszelkie burze.
Coś jednak zaburzyło jej
idealne skupienie. Zmarszczyła brwi, zwiększając tempo czytania.
Jej oczy coraz szybciej ślizgały się po tekście, a wyrzuty
sumienia przekształciły się w zjadającą ją od środka bestię.
Przerzuciła parę kartek do przodu, wciąż natykając się na te
same wersety, a potwór coraz zuchwalej szalał w jej sercu.
Wyższa motywacja
działań... Obojętność wobec najbliższych... Poświęcanie
innych dusz... Podążanie za swym wewnętrznym głosem czarownicy...
Czyny podporządkowane większemu dobru...
Zatrzasnęła książkę z
trzaskiem, choć to nijak nie podziałało na bestię, która
zawładnęła każdą, nawet najmniejszą komórką jej serca.
Czy naprawdę wewnętrzny
głos czarownicy kazał jej poświęcić Caroline dla jakiegoś
większego dobra? Czy jej czyny naprawdę były tylko nieznanym jej
instynktem, nie mającym nic wspólnego z troską o przyjaciółkę?
Czym ją to czyniło?
Nie chciała tego wiedzieć.
***
- Co ty robisz? - spytała
Caroline sceptycznie, obserwując rozkładającego na polanie śpiwory
Klausa.
- Śpiwory są jednym z
ciekawszych wynalazków ostatnich wieków – odpowiedział nie
odpowiadając.
- Domyślam się –
mruknęła, myśląc coś całkiem przeciwnego. - Zdecydowałeś więc
podziwiać ich piękno w leśnej scenerii? - Każde jej słowo
przesączone było kpiną.
Po ułożeniu śpiworów w
niezbyt dużej odległości od siebie Klaus odwrócił się i znów
zaserwował jej ten półuśmieszek.
- Uznałem, że komuś
takiemu jak ty nie przystoi spanie na ziemi – odpowiedział.
- Spanie? - W jej głosie
drżała irytacja. Jedynie jedna część jej osoby miała ochotę
zapytać o znaczenie słów „komuś takiemu jak ty”, które to usłyszała nie po raz pierwszy. - Nie mam
zamiaru tu spać. Wydaje mi się, że już ci mówiłam, że
masz-mnie-zabrać-do-domu. - Każde z ostatnich słów wyraźnie
zaakcentowała, wstając ze swojego niezbyt wygodnego drzewnego
siedzenia, zakładając ręce na piersi i podchodząc do niego,
stanowczo i buntowniczo patrząc mu w oczy.
Jedyną jego reakcją był
szerszy uśmiech.
- To ci się przyda –
powiedział, wciskając jej coś w rękę i mijając ją jak gdyby nigdy
nic.
Spojrzała na rzecz trzymaną
w dłoni i ku swojemu zdumieniu ujrzała zatyczki do uszu. Otworzyła
usta, żeby coś powiedzieć, ale gdy się odwróciła, Klausa nie
było na polanie.
Stała przez dłuższą na
chwilę na środku ustronia, nie wiedząc właściwie, co zrobić.
Sytuacja z każdą chwilą zdawała się być coraz bardziej surrealistyczna, a
zatyczki tylko spotęgowały to uczucie. Bardziej niż czegokolwiek
chciała wrócić do domu, jednak przypuszczała, że tej nocy upór
nic jej nie da. Westchnęła więc, odsunęła lewy śpiwór na dużą
odległość od prawego i położyła się. Dużo czasu zajęło jej
jednak zamknięcie oczu. Kiedy to zrobiła z niechęcią przyznała
sama przed sobą, że zatyczki okażą się jednak użyteczne – las
wydawał zbyt dużo dziwnych, niepokojących odgłosów, żeby mogła
zasnąć.
Samo zaśnięcie, mimo
dręczących ją myśli, okazało się łatwe. Już po chwili wpadła
w objęcia Morfeusza.
Obserwował ją od dłuższej
chwili, podziwiając blond kosmyki układające się fantazyjnie
dookoła jej twarzy, gładkość jej skóry, usta pełne gracji.
Wszystko w niej zdawało się być doskonałe.
Poczuł aż lekkie zdumienie
związane z faktem, że nie obudziła się pod wpływem jego palącego
spojrzenia.
Wyciągnął rękę w stronę
jej policzka, wsłuchując się jednocześnie w regularne oddechy,
jakie wydawała. Będąca na granicy słyszalności fałszywa nuta w tej harmonijnej symfonii
sprawiła, że cofnął dłoń. Jeden dotyk zepsułby ten perfekcyjny
obraz, jaki miał przed sobą.
Mruknęła coś przez sen i
przekręciła się na drugi bok. Blond fala zamigotała mu przed
oczami, prawie przejeżdżając mu po twarzy.
Prawie robi dużą różnicę.
Nie czuł się jeszcze syty
jej widokiem, więc w ułamku sekundy znalazł się po drugiej
stronie jej śpiwora, skąd dalej mógł podziwiać jej idealne rysy.
Sądził, że nigdy nie będzie miał dosyć tej scenerii. Nigdy było
bardzo długim okresem dla wampira, wręcz nieskończonym. On jednak
w tamtej chwili nie miał co do tego wątpliwości. Był gotów
ustawić ją na piedestale, na którym przecież i tak już stała, by nigdy
nie pozwolić jej z niego zejść. Gdyby tylko mógł otworzyć jej
oczy na możliwości, które traciła. Ukazać świat, jakiego
dotychczas nie doświadczyła. Oddałby za to wiele rzeczy.
Blask księżyca oświetlał
jej twarz, kąpiąc ją w jakiejś nadnaturalnej światłości.
Uśmiechnął się do siebie. Nawet taki dodatek nie był w stanie
pokonać bądź zaćmić jej wewnętrznego blasku.
Kontemplował każdy
fragment jej twarzy, nasycając się tym widokiem na przyszłość.
Wiedział, że każda chwila była bezcenna, bo tylko przy takiej
okazji, a ta mogła się już nigdy nie powtórzyć, miał ją tylko
na wyłączność. Ten obrazek nie był przeznaczony dla niego. A
serce, które ostatnio boleśnie przypominało mu o tym, jak mocno potrafi
bić, mówiło mu, że może nigdy nie być.
Jej jasne włosy, w które
miał ochotę zanurzyć palce i upajać się ich zapachem.
Jej obecnie zamknięte
powieki, kryjące niebieskie oczy, w których zawsze czaił się
milion emocji. Nie rozświetlały się one dla niego. Przynajmniej jak na
razie.
Jej usta, które właśnie
rozwarły się lekko, wypuszczając na świat ciche westchnienie.
Dlaczego wzdychała? Chciał poznać wszystkie jej problemy, znaleźć
ich rozwiązanie i uczynić ją tak szczęśliwą, jak jeszcze nigdy
nie była. Był gotów przychylić jej gwiazdki z nieba. Te usta
należały jednak do kogoś innego. Miał ochotę rozszarpać tego,
kto bezkarnie mógł składać na nich pocałunki. Gdyby w tamtej chwili na
jego drodze pojawiłaby się ta marna marionetka zwana hybrydą,
Lockwood, nie zawahałby się ani chwili przed uśmierceniem go na
miejscu.
Pierwszy raz w swoim zaiste
długim życiu nie był pewien, co przyniesie przyszłość. Pierwszy
raz w życiu nie chciał iść do celu po trupach. Miał zamiar
pozostawić jej wolną wolę. Sam się sobie dziwił, ale nawet nie
byłby w stanie odebrać jej możliwości wyboru. Przez następnych
parę dni nie będzie mogła mieć dostępu do werbeny, ale przez
jego głowę w ogóle nie przemknęła myśl o wykorzystaniu tej
sytuacji.
Nigdy by jej tego nie
zrobił. Nie jej. Nigdy.
Chciał połączyć swój
własny cel z możliwością niesienia jej pomocy i jednocześnie
szansą zbliżenia się do niej, wykorzystanie jej bezbronności byłoby jednak czymś innym. Zupełnie
czymś innym.
Rebekah była bardzo chętna
do odbycia z nim tej „małej” wycieczki. A nawet więcej niż
chętna – mimo że uległa wysoce wątpliwemu urokowi Mystic Falls
i jeszcze bardziej wątpliwemu wdziękowi męskiej części jego
mieszkańców, pragnęła wyrwać się z miasta. Nie mógł jej na to
pozwolić, to zepsułoby wszystkie jego plany. Wiedział, że jego
kochana siostra nie przyjmie odmowy, wyjechał więc wtedy, gdy nie
było jej w pobliżu. Będzie na niego wściekła, to nie ulegało
wątpliwości. Jej furię pozna zapewne paru niewinnych
śmiertelników, którzy będą mieli tak mało szczęścia, że
skrzyżują z nią ścieżki. Nie mogło go to mniej obchodzić. Nic z
tego nie było ważne, podczas gdy jego anioł, urządzający
prawdziwe piekło w jego sercu, był w tak oczywistej potrzebie. Jego
myśli przez dłuższy czas zaprzątało to, jak uratować ją bez
jej woli; rozwiązanie przyszło w postaci czarownicy, która
pojawiła się w jego drzwiach, prosząc o coś kompletnie
niespodziewanego. Nigdy nie był skory do spełniania próśb,
jednak ta jedna propozycja wywołała szeroki uśmiech na jego
twarzy.
To było dziwne, lecz
zachowywał się tak, jakby potrzebował usprawiedliwienia każdego
czynu, który w jakiś sposób wiązał się z Caroline. Nowe,
nietypowe uczucie.
Z nią wszystko było nowe i
nietypowe.
Nie spuszczał z niej oka
przez całą noc, od czasu do czasu zmieniając tylko swoje
położenie.
Nie każdy diabeł ma
swojego anioła. Jego jednak to szczęście dotyczyło. Albo wręcz
przeciwnie – nieszczęście.
Mam wrażenie, że od tego miejsca fabuła zaczyna się rozmywać. Ale pozostawiam to Waszej ocenie. I teraz udaję się ponadrabiać zaległości albo dokończyć piętnastkę. Do wyboru, do koloru.
Nowy szablon zawdzięczam oczywiście Christel. Dziękuję, kochana! Jak dla mnie jest boski.
Do napisania!
Subskrybuj:
Posty (Atom)